Fragmenty mojego świata...

Fragmenty mojego świata...
stat4u

UWAGA

Źródła fotografii ; archiwum rodzinne, zdjęcia własne oraz zdjęcia użyczone mi przez znajomych; Annę, Kurta Mazura, współtowarzyszy moich eskapad : gorzowskiego fotoreportera Bogusława Sacharczuka (bs) , Mariusza oraz brata Toma; wszystkie publikuję na blogu za ich wiedzą i zgodą i zawsze są przeze mnie podpisane! Korzystam także ze zdjęć umieszczonych w Wikipedii i publikuję je z zachowaniem Licencji.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wspomnienia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wspomnienia. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 21 stycznia 2016

Kiedyś był targ...

Na placu po targu...


... dziś" rozsiadła" się stacja paliw.


Życie całego miasta - od po wojny do lat dziewięćdziesiątych - toczyło się ściśle określonym rytmem - od rynku - do rynku. Tydzień liczony był za pomocą dni targowych...poniedziałek, środa, piątek. 

Targ kusił bardzo. Tętnił życiem. Na każdym niemalże starganie czaiła się jakaś tajemnica. Handlowano wszystkim. Od zwierząt, poprzez starocie i meble do warzyw i owoców. 

Część tzw. "żywa" obejmowała konie, świnie, kury, indory i kaczki. Od czasu do czasu pojawiały się króle i gołębie. Wokół stały wozy i skrzynie pełne owoców i warzyw. Wolnych od chemii.

 Targ opanowany był głównie przez drobnych wytwórców żywności. Oferowano mleko, śmietanę, masło i ser. Ten ostatni - gospodarską metodą wyciskany z serwatki przez lniany woreczek, który potem był przykładany ciężkim, płaskim kamieniem w celu odsączenia - smakował jak żaden inny...

 Między straganami przemieszczały się szybko panie domu szukając świeżych, żółtych jaj. Dziwnie wyglądały ze słoikiem w ręku...Na jego dnie czasem spoczywało kilka już wziętych do "sprawdzenia" rozbitych jaj. Wokół było słychać nawoływania sprzedawców - "świeże jaja, świeże jaja" ... 

Przyjeżdżali wyplatacze wiklinowych koszy przeznaczonych zarówno do użytku domowego jak i do zbierania warzyw oraz Cyganie, u których można było zakupić wielkie czarne i ciężkie patelnie. Patelnie wszechczasów!  Do ich dna nigdy nic nie przywierało! 

A wszystko to przenikały starganiki ze starociami....z przedwojennymi figurkami, porcelaną, zegarami. Częstymi gośćmi byli także ci, którzy wracali z wojaży po ZSRR. Prócz złotych wyrobów można było u nich się zaopatrzyć w futra, młynki do kawy, sokowirówki czy odkurzacze.

 Oczywiście na targu oferowano inne mniej cenne lub przydatne rzeczy i przedmioty, szczególnie po roku 1989 , kiedy nastąpił napływ wszystkiego co niemieckie, ale one już nie wzbudzały takiego zainteresowania czy swoistej magii. Były to zwyczajne tandetne ubrania, gadżety, zabawki czy też przemycane papierosy czy alkohole. Wówczas skończyła się era prawdziwego targu, tętniącego życiem i pachnącego zdrową, polską żywnością... 


W 2013 roku zmodernizowano zachowaną część targowiska inwestując w nie ponad 700 tys. złotych. Na odnowionej nawierzchni ustawiono drewniane stragany - budki,  zamontowano monitoring i ogrodzenie. 
...i rynek przy ul. Jerzego stracił swój przaśny urok. 

Kiedyś był targ...


wtorek, 14 lipca 2015

Sielsko, anielsko...

Podmiejskie gorzowskie szlaki, nazwijmy je, turystyczne są dla wybrańców. Dla koneserów spędzania czasu wolnego w przaśnych warunkach. Przebiegają przede wszystkim przez położony na peryferiach miasta obszar dzikiej przyrody i przez podmiejskie tereny należące do rolników. Nie są to trasy oznakowane i nie można do nich dotrzeć za pomocą komunikacji miejskiej. Nie ma tam też zagospodarowanych miejsc postojowych. 

Cieki wodne, trawy i pagórki zapraszają do odpoczynku przy szczególnie pięknych, naturalnych punktach widokowych.



Można zapuścić się też dalej. Rozliczne dróżki prowadzą tam, gdzie przyroda żyje swoim własnym , niezmąconym przez człowieka rytmem.

Gdzie nawet krowy idealnie wpisują się w sielski obrazek...




...i gdzie nenufary czekają na Toliboskiego



Jako, że dzieciństwo i młodość spędziłam w niezwykle sielskim i przyjemnym otoczeniu tęskniłam za nim... Mój rodzinny dom otaczał ponad pół hektarowy ogród, za nim była łąka, parę metrów dalej płynął kanał... Na łące rosły moje chabry, moje maki, moje trawy... Gdzieś pachniała mięta, gdzie indziej rumianek...Biegłam po tej łące boso, czując pod stopami ciepło Matki Ziemi, szczęśliwa i wolna...Często wsiadałam na rower i gnałam przed siebie...Do tych "pół malowanych zbożem rozmaitem (...) wyzłacanych pszenicą, posrebrzanych żytem, (...) do tych pagórków (...) szeroko nad " rzeką Wartą rozciągnionych... Nie muszę jednak przenosić tam mojej "duszy utęsknionej". Wystarcza mi parę minut jazdy samochodem, aby na powrót zbratać się z naturą, przytulić się do drzew, popatrzeć w niebo, i w otchłań wód ...



Dwa lata temu objechałam moje "stare" tereny...Zmienione upływem czasu, a jednocześnie wciąż bliskie. Na "kliszy" aparatu zapisałam wrażenia; starałam się uchwycić piękno tych (nie)zwyczajnych miejsc, w które się wtopiłam, stając się powtórnie ich cząstką. 

Usłyszałam świerszcza z dzieciństwa, rechot tamtych żab; w wyobraźni zobaczyłam zające biegające po mojej łące, poczułam zapachy...

Moje myśli błądziły nieograniczone i wolne...Unosiły się między czasem, a przestrzenią, zawisały między tym co było, a tym co jest...I tyle było mi trzeba, aby poczuć się swojsko, aby poczuć się jak w drodze do domu... 



środa, 17 października 2012

PRL w (kilku) moich wspomnieniach

Dwie dekady mojego życia przypadły na czasy PRL. Niewiele pamiętam,jednak spróbuję uporządkować i przedstawić Wam swoje wspomnienia. Dla jednych będą one zapewne historią "starożytną", dla innych zapewne otworzą się bramy czasów zawieszonych gdzieś pomiędzy dzieciństwem a dorosłością...



(skan mojego art. opublikowanego w "Gazecie Lubuskiej")


Z sentymentem wspominam mleko w butelkach. Prawdziwe mleko, które kwaśniało! Przypominam sobie smak bułek z piekarni posmarowanych prawdziwym masłem wyrabianym przez babcię, nie margaryną z „cudownymi" leczniczymi właściwościami. Śmietanę, która twardniała tak, że można ją było kroić nożem. Nieodtłuszczony biały ser, kupowany na targu od gospodyń. Żółte jaja, duże i w smaku nieprzypominające dzisiejszych masowo "produkowanych". Domowe przetwory, kompoty, dżemy, konfitury...Makaron własnej roboty, własną kiszoną kapustę, własne ogórki kiszone przechowywane w beczce w najciemniejszym kącie piwnicy. Wędliny "te gorsze"; wątrobiankę, salceson, pasztetową, które zapachem i smakiem przewyższały obecne. I te smaki, które nie stanowiły żadnej wartości acz były wówczas na topie. Oranżadę w proszku, której nikt nie rozpuszczał w wodzie tylko wyjadał prosto z małej torebeczki oblizanym wcześniej palcem, gumy do żucia „Donald" z historyjką obrazkową w środku, lizaki „Kogutki", blok czekoladopodobny i wodę sodową z sokiem lub bez sprzedawaną z saturatora. I mimo, że nędzne to były "rarytasy" to chemii niewiele w nich było.
I świąteczne przysmaki - szynkę, baleron, cytrusy... wystane w długich kolejkach, pieczołowicie później chowane w spiżarni przez moją mamę ...

Niestety, pamiętam także puste haki w sklepach mięsnych i półki sklepowe, na których stał tylko ocet i musztarda. Potem kartki na cukier,czekoladę, mięso i wędliny, obuwie, papierosy i alkohol ...
Reglamentacja nie ominęła także posiadaczy dwóch i czterech kółek, dla których limitowano benzynę. W lepszej sytuacji byli właściciele aut z dieslami, którzy kupowali paliwo bez ograniczeń. Byli oni obiektami zazdrości i zawiści posiadaczy pojazdów benzynowych. A dymiący „ropniak " stał się w latach 80 -tych symbolem wolności komunikacji. Podobnie było z zakupem nowych pojazdów z „demoludów". Szczęśliwcy posiadający asygnatę mogli taniej kupić poszukiwane duże Fiaty, Polonezy, Łady i Skody. Nie przebierano wtedy w kolorach i wyposażeniu. Brano to, co było... Innym pozostał zakup „Malucha" na nigdy niezrealizowane przedpłaty... A w garażu mojego ojca stała jego duma – popielata Syrena 102, która dzielnie się spisywała aż do połowy lat 90-tych.

Pamiętam pierwszy nasz czarnobiały telewizor - „Koral" stojący w rogu pokoju. Był to najcenniejszy sprzęt w domu, kupiony w systemie ratalnym przez moich rodziców, służył do wczesnych lat 80-tych kiedy to został „zamieniony" na bardzo nowoczesny, jak na ówczesne czasy i w odróżnieniu od „Korala" dwuprogramowy telewizor „Unitra" z obudową z imitowanego drewna.

I pierwsze programy dla dzieci i młodzieży. Tworzone przez red. Macieja Zimińskiego emitowane w ramach "Telewizji Dziewcząt i Chłopców"; "Ekran z bratkiem","Niewidzialna Ręka", "Latający Holender", "Zwierzyniec"

Adapter i pierwsze płyty winylowe pojawiły się w moim domu stosunkowo późno, a pierwszy magnetofon dopiero wiosną 1989 roku. Wtedy też poznałam „magię" kolorowego telewizora i pierwszej telewizji satelitarnej. Wprawdzie tuner satelitarny był zaprogramowany na pięć kanałów, ale radość z oglądania programu z zachodu wtedy była... bezcenna. Pralka automatyczna „Polar" zastąpiła „Franię", a małą lodówkę 150 cm „Mińsk".

A szkoła, eh...W pamięci pozostał mi szary szkolny budynek. Ściany wewnątrz pomalowane były pastelową farbą z obowiązkową lamperią. W klasach tablice były czarne, przesuwane z góry do dołu. Wyposażenie było skromne. Obowiązywały fartuszki z białymi kołnierzykami, z przyszytą obowiązkowo na rękawie tarczą, a także obuwie zamienne. Pauzy spędzaliśmy spacerując po korytarzu w parach, a dyżurujący nauczyciel pilnował porządku. W ciepłe dni podczas przerw budynek szkoły pustoszał, każdy uczeń miał obowiązek wyjścia na przyszkolne boisko. Przytłaczająca była masa akademii szkolnych z różnych okazji oraz cotygodniowe apele w sali gimnastycznej, kiedy dyrektor szkoły podsumowywał miniony tydzień...

Z latami szkolnymi wiążą się także wspomnienia wakacji i ferii. Większość uczniów spędzała ten czas na obozach harcerskich i koloniach opłacanych przez zakład pracy jednego z rodziców. Niektórzy z nich, którym powodziło się lepiej wysyłali swoje pociechy na wakacje za granicę, głównie do Bułgarii, Węgier czy Jugosławii. Moje wakacyjne wojaże ograniczały się do odwiedzin w porozrzucanych po kraju domach licznych cioć i wujków oraz z dwutygodniowymi obozami harcerskimi.

Moje lata wczesnomłodzieńcze to także początki kształtowania się mojego gustu muzycznego. Swoją karierę w późnych latach 70-tych zaczynało wiele do dziś istniejących zespołów - "Lady Punk", "Maanam", "Bajm", "Pod Budą" czy "Kombi". Na scenę piosenki poetyckiej weszły nie gasnące do dziś gwiazdy - Michał Bajor i Edyta Geppert, bard "Solidarności" śp. już Jacek Kaczmarski oraz królowa piosenek dla dzieci Majka Jeżowska. Słuchałam także rodzących się gwiazd muzyki nie tylko o polskich korzeniach - nowinki muzyczne z zachodu także chłonęłam całą sobą. Obowiązkowo śledziłam cotygodniową listę przebojów radiowej "trójki", która była wyznacznikiem nie tylko mojego gustu muzycznego.

Ważnym elementem życia w PRL był tzw. czas wolny w czasie niewakacyjnym. Spędzałam go głównie na składkowych prywatkach, dyskotekach i w kinie. Często też przed telewizorem, śledząc z zapartym tchem niedzielne seriale - "Niewolnicę Isaurę", "Ptaki ciernistych krzewów", "Szpital na peryferiach", "Dynastia" lub nasze polskie produkcje - "Lalkę", "Nad Niemnem", "Noce i dnie" czy też niemniej wartościowe ambitne Teatry Telewizji. Dużo też czytałam. Pochłaniałam i prozę i poezję. Czas wolny spędzałam na podwórku. Przydomowy ogród, boisko szkolne, podwórko przy domu, ba nawet ulica stawała się krainą zabaw i przygód, a także stanowiła  bazę naszych wypadów w teren i niezliczonych pomysłów na gry i zabawy, które dziś trudno zliczyć. Wiele z nich sami wymyślaliśmy, wiele "kopiowaliśmy" z programów dla dzieci i młodzieży jak np. zabawa w Niewidzialną Rękę. Skakanka, sznur, klasy - dla dziewcząt, rozgrywane mistrzostwa podwórkowe w piłkę nożną dla chłopców i rajdy rowerowe, obowiązkowo rowerem marki "Składak" oraz koedukacyjne gry w bierki, "państwa i miasta", podchody czy zjazdy sankami z górki...Poza naturalną potrzebą zaspokajania ruchu tamte gry i zabawy uczyły przegrywania i wygrywania, umiejętności współpracy i rywalizacji, pomysłowości, kreatywności, a także wrażliwości i bez wątpienia poszerzały wiedzę...

Dwie dekady życia w PRL, zapamiętałam jako czas niedostatków i biedy, ale także jako czas beztroskich zabaw, wycieczek, nawiązywania przyjaźni, bezinteresownej życzliwości. Były czasem, który chcąc nie chcąc ukształtował mnie – na resztę życia...

Ps. Post wyciągnięty z arch. bloga.

sobota, 28 stycznia 2012

Tam było moje pierwsze niebo

Tam, gdzie stał mój rodzinny dom jest dziś pusty plac. Przy krawężniku leży zmruszały kamień ,a u płotu rośnie samotna sosna, którą kiedyś posadził mój Brat... niemi świadkowie tamtych moich beztroskich dni. Tu dorastałam, tu bawiłam się z rówieśnikami, spędzałam czas pośród zieleni, ciszy wśród ludzi, którzy byli życzliwi i pomocni. Stanowiliśmy jedną rodzinę. Wielu z nich już nie ma, wielu rozjechało się po świecie, z kilkoma osobami z tamtych czasów wciąż utrzymuję kontakt.

Ta ulica była jak mała wioska. Oddalona od centrum boczna uliczka o nazwie koloru przyciągała wielu moich ówczesnych znajomych, którzy mieszkali w dzielnicach, gdzie mogli pomarzyć tylko o ciszy i spokoju.



Wychowałam się w poniemieckim domu, prawdopodobnie z początku wieku XX. W ponad półhektarowym ogrodzie rosły drzewa posadzone ręką byłego właściciela, w podupadłej stajni zachowały się siodła, popręgi i szczotki do czyszczenia końskiej sierści. W sieni domu - do roku 1980 - znajdował się żeliwny zlew . Na porcelanowym kurku widniał jakiś niemiecki napis, a na kuchennym kredensie stały porcelanowe, biało – niebieskie pojemniki z napisem „SALZ”, „ZUCKER”, „KAFFEE”. W szufladzie dziadków znajdowały się papierowe teczki z niemieckimi napisami, a w szafach wieszaki z nazwą miasta LANDSBERG AN DER WARTHE i butelki po piwie z browaru Kohlstocka. Kiedyś mój Tata wykopał z ziemi niemiecką monetę z 1900 roku…

Pod starą jabłonką, w letnie wieczory toczyło się życie towarzyskie. Przy naftowej lampie w nastroju niemalże romantycznym wysłuchiwałam wielu ciekawych historii. Nie plotkowano, opowiadano o dawnych czasach i ludziach. Już wtedy delikatnie zaczęłam nasiąkać historią. Słuchałam bajań mojego Taty i nie przypuszczałam, że za kilka lat będę żałować, że już ich nie posłucham. Jakże pomocne by mi były dzisiaj...



Odwiedzam czasem swój były kościół, spoglądam na rozbudowane i szerokie ulice, szukam śladów wspomnień...



Patrzę na moje pierwsze niebo i myślę..."szkoda"...

czwartek, 29 grudnia 2011

„Już się żegnamy z rodzinną wioską i odjeżdżamy do polskiej ziemi, umierać razem między swoimi”

Mało jest ludzi z pokolenia przedwojennego, którzy chcą mówić o swoim życiu „wtedy”. Może boją się, że zostaną źle zrozumiani, źle odebrani lub po prostu nie chcą wspominać. Jednak wśród tych „niemych” są i tacy, którzy chętnie opowiadają. Jedną z takich osób jest moja sąsiadka, która we wrześniu 2010 roku zgodziła się na wywiad , który został opublikowany w Internecie i lokalnej prasie. Opowieść sąsiadki potraktowałam jako ułomek przeżyć Polaków, urodzonych na Kresach Wschodnich i z nich wygnanych.

(Pierwszy dom w Polsce, stoi do dziś, na zdj.po stronie prawej bohaterka wywiadu, rok.1955)

Józefa Góral z domu Radom, urodziła się w 1932 roku we wsi Trościaniec Wielki na Podolu. W maju 1945 roku z mamą, siostrą i bratem opuściła swój rodzinny dom na Kresach Wschodnich udając się w podróż w nieznane.


Przed wyjazdem...

Trościaniec Wielki był przed wojną dużą wioską, w której mieszkali Polacy i Ukraińcy. Polskie rodziny stanowiły większość. Na 300 domów tylko 40 zamieszkałych było przez Ukraińców. Pięknie położona wioska nad rzeką Smolanką była dobrze rozwiniętą wioską. Była tu szkoła polska - z odrębnym planem zajęć nauki j. ukraińskiego dla mniejszości - ochronka dla dzieci prowadzona przez siostry zakonne, punkt opieki medycznej, kościół katolicki pw. Najświętszego Serca Jezusowego, a za wsią górowała cerkiew. W wiosce były stawy rybne, a także mleczarnia wyposażona w szwedzkie urządzenia. W czasie walk frontowych w roku 1944 wieś została zniszczona.

Rodzice Pani Józefy prowadzili 15 –to hektarowe gospodarstwo. Z sąsiadami żyło się im dobrze i zgodnie.

W roku 1943, ojciec Pani Józefy Michał Radom, został wcielony do Wojska Polskiego – swój szlak bojowy odbył od Lenino do Berlina – trzykrotnie odznaczony, ranny w Berlinie – odnalazł swoją rodzinę na „nowej ziemi", jesienią 1945 roku.

Podróż...

Na majowej liście do repatriacji znalazły się wszystkie polskie rodziny, w tym rodzina państwa Radom. Na stacji kolejowej czekały na nich niezadaszone towarowe wagony. Każdy członek rodziny wziął ze sobą tobołek najpotrzebniejszych rzeczy. Pani Józefa pamięta, że w pakunku przygotowanym przez mamę miała sukienkę i poduszkę...

Podróż była bardzo męcząca. W wagonie było ok. 50 osób. „Spaliśmy na tobołkach na podłodze wagonu, brakowało jedzenia, deszcz padał nam na głowę.Oglądaliśmy przez szpary jadące transporty wojskowe, którym nasz pociąg ustępował miejsca".

Podróż ciągnęła się w nieskończoność. Na postojach podchodzili do wagonów żołnierze sowieccy roznosząc jedzenie i wodę, a do chorych przychodził lekarz. „Moja siostra chorowała na czerwonkę, dostała leki i wyzdrowiała" – wspomina Pani Józefa.

Na nieznanej ziemi...

Pod koniec maja 1945 roku ich droga z Kresów na Zachód - wydawało się – dobiegła końca.
Pociąg zatrzymał się na stacji Gorzów. Było gwarno. Było obco. Przed dworcem czekała na repatriantów wojskowa ciężarówka, która przez spalone, wyludnione miasto dowiozła rodzinę do jakiegoś mieszkania, ograbionego i brudnego. Tu przez ponad tydzień oczekiwali na przydział „nowego miejsca do życia". Otrzymali dom i 15 hektarowe gospodarstwo we wsi Ciecierzyce.

Dom w Ciecierzycach zastali zamieszkany przez niemiecką rodzinę, która szykowała się do wyjazdu. Na polach rosło zboże, jednak obory, stajnie i chlewnie były puste. Rodzina niemiecka przyjęła ich z dystansem, ale bez wrogości. „Oni podobnie jak my myśleli, że wyprowadzają się ze swojego domu na chwilę".

Dom był czteropokojowy z dwiema kuchniami. Umownie został między dwie rodziny podzielony. Przez dwa , może trzy tygodnie połowę domu zajmowali osiedleńcy, drugą Niemcy.

Pani Józefa wydobywa z pamięci historię niemieckiej rodziny. „Głową rodziny był starszy pan w wieku ok. 80 lat. Dwóch jego synów pilotów zginęło w czasie wojny. Mieszkał z córką i jej dwójką dzieci, Riną – lat ok. 17 i Albertem lat 9."


Najtrudniej żyło się rodzinie w roku 1945. Nie było jedzenia.Pozostawione przez byłych mieszkańców zapasy ziemniaków szybko się skończyły. Wojsko dowoziło mąkę, z której w piecu ustawionym na podwórku gospodyni piekła chleb. Żołnierze przywozili również mleko. Rodzinę ratowały także paczki z UNRY.

„ Potem przyszły żniwa. Zboże ścinaliśmy sierpem i kosą , a następnie cepami młóciliśmy".

We wrześniu 1945 roku wraca z frontu ojciec Pani Józefy. Zimą otrzymuje z UNRY konia oraz kupuje ( miał rentę wojenną ) drewniany wóz.
We wrześniu tego samego roku do Ciecierzyc przyjeżdża nauczycielka. W dwuklasowej szkole uczy za „kąt do spania i jedzenie".

W 1948 roku Pani Józefa wychodzi za mąż, rodzi trójkę dzieci. W 1956 roku przeprowadza się do Gorzowa - jej mąż , pracownik Zakładów Roszarniczych otrzymuje mieszkanie przyzakładowe – Od tej pory są gorzowianami.

Dwie podróże sentymentalne...

We wczesnych latach 60-tych , Pani Józefa razem z mamą i dwójką swoich dzieci pojechała do Trościańca Wielkiego. Jej rodzinny dom był ruiną. Obok niego ktoś budował nowy. Kościół stał się cerkwią, stawy rybne zostały zasypane, na ich miejscu stały ciągniki i maszyny rolnicze. Nie było cmentarza, na którym pochowana została jej babcia i dziadek. „Znalazłam się w kołchozie,to nie była moja rodzinna wioska"

W latach 80 –tych do Ciecierzyc przyjechał Albert z żoną i dwoma synami. Od 1945 roku mieszkał w Niemczech – wrócił,żeby zobaczyć miejsce swojego urodzenia.

„Rozmawialiśmy z nim po rosyjsku.Opowiadał o sobie i swoim życiu. Mama przyrządziła obiad. Nie żałował, że opuścił Ciecierzyce"

Tytuł wywiadu...

Tytuł pochodzi z piosenki , którą wysiedlani z Trościańca Wielkiego Polacy śpiewali na stacji przed odjazdem pociągu. Pani Góral pamięta ją do dziś. Oto fragment tej pożegnalnej piosenki :

" Już się żegnamy z rodziną wioską i odjeżdżamy
do polskiej ziemi umierać między swoimi
Umierać śmiercią kiedy Bóg każe
Kiedy nam kapłan grzechy zamaże"

Post Scriptum...

...moi Rodzice i dalsza Rodzina z pokolenia przedwojennego już nic mi nie powie... dziś mogę jedynie słuchać innych, a to co zapamiętałam z opowieści rodzinnych już zapisałam, to co opowiadał Tata, jest niepełne, wciąż nie udaje mi się ułożyć Jego historii...w przypadku Mamy jest łatwiej, pozostały po Niej dwie teczki dokumentów i pudełko zdjęć...Jej życie , Jej Ojca, Matki, Sióstr i Brata łatwiej jest mi scalić...

poniedziałek, 5 grudnia 2011

Mój Prawdziwy Mikołaj...

...Urodził się w małej wiosce Minojty pod Lidą, w dzień Bożego Narodzenia roku 1928.

(Fot.1969, Tata Mikołaj i ja)

Ojciec był ze mną przez 30 lat. Od dnia moich narodzin, aż do dnia swojej nagłej i niepodziewanej śmierci. Przez trzy dekady był ze mną i był dla mnie, rano mnie budził, wieczorem tulił do snu. Był moim Tatą Mikołajem, który nie tylko w święta przynosił mi dary i rózgi...

Gdy byłam małą dziewczynką, wierzyłam i czekałam na baśniowego św. Mikołaja. Nie wiedziałam przecież, że mój Tato nosi imię Mikołaj. Mama zwracała się do Niego - Kola.

Z przyklejonym noskiem do szyby wypatrywałam sań, nasłuchiwałam dzwoneczków i marzyłam, by zobaczyć św. Mikołaja, dotknąć jego brody, posiedzieć na kolanach. Wtedy nie wiedziałam, że mam Go codziennie, nie tylko od święta.

Ojciec był ważną częścią mojego życiowego zaplecza. Wraz z jego odejściem z tego świata jakaś cząstka mnie umarła. Ojca nagle nie było już w pobliżu. Nie słyszałam jego żartów. Nie słyszałam jego gniewu, którym unosił się dość często szczególnie w sytuacjach, gdy był świadkiem jakiejkolwiek niesprawiedliwości. Nagle zostały mi tylko ślady po nim. Pędzel do golenia, brzytwa, ot takie przyziemne. I zostały jeszcze te inne, te niematerialne, te najmocniej odciśnięte w pamięci. Te ślady pojawiały się niczym przypływy wspomnień. Jakiś gest, czyjeś spojrzenie czy też usłyszane gdzieś jego imię czy ulubiona pieśń przywoływały Go. Wspomnienia spychane gdzieś głęboko do podświadomości ożywały.Czasem były miłe, wywoływały uśmiech na mojej twarzy, czasem bolesne, burzące spokój i równowagę. Jednak każdy taki powrót był zbieraniem okruszków z życia z Nim i przy Nim.

Był człowiekiem, który przeżył wojnę. Bronił mnie przed swoimi wspomnieniami z tamtych czasów. Nie opowiadał. Niemą pamiątką po tamtych czasach była blizna na piersi, tuż w okolicy serca świadcząca o postrzale...

Był człowiekiem, który ukochał ziemię. Ukochał pracę w ogrodzie. Był "złotą rączką", był człowiekiem, który do końca swoich dni łaknął wiedzy, którego interesowały nowinki techniczne czy nowoczesna muzyka.

Był człowiekiem renesansu i Wielkiego Serca...

Zbliżają się Mikołajki, czas radosnego oczekiwania na prezenty...Kiedyś, w moim rodzinnym domu były podwójnie celebrowane. Imieniny Taty i symboliczne dary od Jego imiennika.

Od 13 lat nie mam już Taty Mikołaja.... ten dzień nie jest dniem radosnym, jest dniem wspomnień.

W tym Szczególnym Dniu, idę na cmentarz, zapalam ognik pamięci i miłości na Jego grobie...Niosę Mu w darze swoje najczulsze i najprzyjemniejsze wspomnienia... i nucę wraz z rosnącymi obok sosnami - Czumbala, czumbala, czumbalalajka...




...Jego ulubioną piosenkę...

środa, 19 października 2011

Historia zapisana w dokumentach , rodzinnych wspomnieniach i pamięci


(dokumenty z arch. domowego)

Historia mojej rodziny po kądzieli sięga czasów, kiedy to Litwą rządził Książę Jan i nadał ziemię i szlachectwo rodzinie mojej babci i czasów powstania styczniowego, kiedy to wuj dziadka za udział w nim został wraz z bratem, ojcem i matką przepędzony na Litwę. Zbyt odległe to czasy i zbyt mała jeszcze wiedza moja, więc historię swoją zacznę od dnia 19 sierpnia 1917 roku.

Wtedy to, w ten letni dzień Józef ur. w roku 1891 poślubił o kilka lat młodszą od siebie pannę Marię, zubożałą szlachciankę. Ślub odbył się w miejscowości Żyżmory na Litwie.

Młodzi wydzierżawili gospodarstwo ogrodnicze, by siłą swych rąk zacząć zarabiać na siebie i swoją szybko powiększającą się rodzinę. Bóg obdarzył ich sześciorgiem dzieci.
Byli bardzo zgodnym małżeństwem i ogólnie szanowanym. Na gospodarstwie wiodło się im niezgorzej i tuż przed 1939 rokiem dzierżawę zamienili na własność.

Owego czasu w Żyżmorach mieszkali nie tylko Polacy. Obok w zgodzie i można zaryzykować w symbiozie żyli Litwini i Żydzi.

Wybuch II wojny światowej nie podzielił ich na gorszych i lepszych. Zrobili to Niemcy. Litwini wstępowali w szeregi niemieckich organizacji działających na Litwie oraz do niemieckiej armii. Polacy żyli w strachu, ale także walczyli... Moje dwie ciocie działały w opozycji, przenosząc i rozprowadzając ulotki nawołujące do walki z okupantem. A Żydzi...

Ciocie pamiętały dzień, kiedy Niemcy o świcie wyprowadzili Żydów z domów, ustawili ich parami na uliczce i potem rynsztokiem poprowadzili za miasto ... spod ich nóg słychać było plusk rozpryskującej się wody i uderzenia niemieckich butów o bruk jezdni.
Co się z nimi stało nie wiadomo do dziś. Można się jedynie domyślać...
Po - prawdopodobnie - dwóch dniach od tego wydarzenia w stodole na sianie babcia znalazła ukrywającego się żydowskiego młodzieńca. Miał ok. 20 lat. Był ranny. Nie mówił. Babcia zanosiła mu jedzenie i środki opatrunkowe. Któregoś dnia zniknął tak nagle jak się pojawił.

W styczniu 1945 roku moja rodzina znalazła się na liście do repatryjacji. Wyruszyli wagonami towarowymi tzw. bydlęcymi z przysłowiową jedną walizką w ręce do "nowej" i nieznanej Polski. Na początku lutego tego samego roku i dotarli na ziemie zachodnie wprost do Gorzowa. Zostali zakwaterowani w mieszkaniu przy ul. Grobla na parterze, przejmując - jak zapisano w dokumentach - 1 stół, 6 krzeseł, 1 bufet, 1 tapczan, 1 kanapę, 4 łózka z materacami, 1 biurko, 2 szafy, 1 szafę na książki, 1 fotel miękki, 2 krzesła kuchenne , 1 stolik kuchenny, 1 komodę oraz 2 kredensy kuchenne.

Jako, że dziadek zostawił na wschodzie gospodarstwo ogrodnicze to mieszkanie traktował jako tymczasowe. Chodził po mieście i szukał ogrodnictwa podobnego do tego, które zostało mu odebrane. W życiu często bywa tak, że szukamy czegoś co mamy pod nosem. Tak też było i w tym przypadku. Któregoś dnia skręcił z ul. Grobla w bok i... tam wypatrzył dom, szopę, szklarnię i ponad pół hektara ziemi.

Kilkanaście drzew owocowych i krzewów, a także winorośl na domu sprawiła, że dziadek znalazł nowe miejsce dla swojej rodziny. Do końca swojego życia był świadomy tego, że nie on, a za niego zdecydowano, gdzie ma mieszkać. Przez prawie 30 lat czuł się gościem w czyimś domu. Pozostawiony na strychu kuferek z ręcznikami opatrzonymi monogramami byłych właścicieli jego teraz domu stał nietknięty, tak jakby czekał aż ktoś się po niego zgłosi. Myślę, że w głębi duszy pragnął, by pozostawione przez niego osobiste rzeczy, tam daleko na Litwie były równie z czcią im należną traktowane.

Oficjalnie 12 czerwca 1946 roku Magistrat przydzielił rodzinie dom z ogrodem. Nastąpiła przeprowadzka. Najpierw Prezydium Miejskiej Rady Narodowej podpisało z dziadkiem umowę o dzierżawę i dopiero 27 kwietnia 1960 roku - po wymianie wielu dokumentów i udowodnieniu , że podobne mienie zostawił na Litwie - dziadek otrzymał Akt Nadania ziemi i nieruchomości.

Dzidek gospodarzył przez prawie 30 lat. Po jego śmierci w 1971 roku, ogród przejął nieformalnie mój tata i prowadził małe, na potrzeby rodziny ogrodnictwo aż do roku 1998. Wtedy zostaliśmy wywłaszczeni, a dom i ogród zajęty został pod budowę obwodnicy.

Domu i ogrodu już nie ma. Pozostały po nim dwa ślady. Zmruszały kamień i sosna, którą kiedyś posadził mój brat. Przejeżdżając, widzę tą samotną sosnę, która pnie się w górę i przypomina beztroskie lata. Oczami wyobraźni widzę dziadka, który w podartych na kolanach spodniach z małą koneweczką w ręku podlewa pierwsze sadzonki, widzę babcię w wiklinowym fotelu, widzę mamę, gdy odpoczywa pod drzewem papierówki, widzę tatę, który kosi trawę wczesnym rankiem. Widzę także moją córkę , która bawi się z kotem, psem i ucieka przed kurami...

(Wspomnień cd. nastąpi)