Fragmenty mojego świata...

Fragmenty mojego świata...
stat4u

UWAGA

Źródła fotografii ; archiwum rodzinne, zdjęcia własne oraz zdjęcia użyczone mi przez znajomych; Annę, Kurta Mazura, współtowarzyszy moich eskapad : gorzowskiego fotoreportera Bogusława Sacharczuka (bs) , Mariusza oraz brata Toma; wszystkie publikuję na blogu za ich wiedzą i zgodą i zawsze są przeze mnie podpisane! Korzystam także ze zdjęć umieszczonych w Wikipedii i publikuję je z zachowaniem Licencji.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wystawy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wystawy. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 17 maja 2015

Karety, dorożki, bryczki...


W ramach "Nocy Muzeów" w gorzowskim "Spichlerzu" otwarto wystawę "Modele zabytkowych powozów konnych ze zbiorów Zygmunta Karga". Autor unikatowej kolekcji modeli pojazdów konnych pochodzi ze  Stargardu Szczecińskiego (Zachodniopomorskie). Ten modelarz, pasjonat i znawca dawnego rzemiosła powoźniczego znany jest w całym kraju. Jego modele  w skali 1:10  budowane są na podstawie  oryginalnych  pojazdów używanych od XVIII do XX wieku.




Wśród eksponatów znajdują się bryczki,




 Dorożki, w tym warszawska z drugiej połowy wieku XIX.


A także inne pojazdy spacerowe. Między innymi kariolka, damski wóz spacerowy


Wśród miniaturek są pojazdy pocztowe oraz pojazdy transportu publicznego. Ciekawymi modelami są strażackie wozy  pożarnicze, zwane sikawkami z wieku XX.



W unikatowej kolekcji modeli znajdują się również wozy gospodarcze



 I kareta reprezentacyjna z wieku XIX.


Zygmunt Karg twierdzi, że "talent otrzymał w genach. Jego ojciec był rzemieślnikiem, jeden z dziadków kowalem, a drugi stelmachem. Talent uzupełniony o wykształcenie techniczne okazał się sposobem na spełnienie marzeń na emeryturze".

Na początku 2014 roku, Pan Zygmunt podzielił się swoją pasją i dorobkiem modelarskim w TVP , co  zaowocowało wpisaniem Go do "Teleexpressowego Klubu Pozytywnie Zakręconych".

Wiele modeli Jego autorstwa znajduje się w zbiorach prywatnych w kraju i za granicą, a także w Muzeum Poczty i Telekomunikacji we Wrocławiu, gdzie oglądać można miniaturowy dziewiętnastowieczny dyliżans pocztowy.

Na wystawie w "Spichlerzu" zaprezentowano czterdzieści wspaniałych dzieł sztuki modelarskiej wzbogaconych  ikonografią i przekrojami technicznymi wybranych egzemplarzy.



(Fot. Mariusz, za zgodą na publikację)

piątek, 6 marca 2015

"Szlakiem Połamanych Semaforów"


Minione lata pozostawiły w niemal każdym rejonie naszego kraju stacje kolejowe. Zamknięte, opuszczone, przeznaczone do rozbiórki.  Niczym ruiny opuszczonych zamczysk znaczą krajobraz.


Jesteśmy  świadkami tego, jak szybko odchodzi w przeszłość epoka niegodna, a może godna zapomnienia.  

Gdzie nie ma już nic, gdzie nikt nie chce wejść ani postawić kroku. Bo nikt nie poderwie się, nie roztworzy drzwi i nie uciecze pociągiem dokądś naprzód...


Tory to charakterystyczny element pejzażu, kiedyś stanowiące świat odrębny,  dziś prowadzące donikąd...Są jak świat przyśrubowany do żwiru.



Cichy smutek ogarnia rozbrykane, kolorowe niegdyś semafory. Porzucone ofiary tych "co na górze"...panów i rozkazodawców.



Życie w pokolejowym krajobrazie nie zawsze umiera. Czasem tylko zmienia charakter. Zostały jeszcze niektóre ślady dawnej okazałości, nad którą ktoś się "wziął i zlitował". Są jak wodorosty, jak długie żyły, które mimo wszystko wykwitają na powierzchni.



Widok nieczynnych stacji przyprawia o smutek.  Nie służą już do niczego. W pobliżu wzniosły  się „hałdy” potrzebnych niegdyś cegieł i szyn.



Gdzieniegdzie rozerwały je deszcze i burze na części . Tu i ówdzie poprzerzynały obszar jak krwawe rany zmaltretowanej ziemi...












(Fot. pochodzą z wystawy  z 2008 roku pt. "Szlakiem Połamanych Semaforów, Autor Bogusław Sacharczuk)

piątek, 30 stycznia 2015

Takiej wystawy w Gorzowie (dotąd) nie było!

W ramach obchodów Dni Pamięci i Pojednania w Muzeum Lubuskim im. Jana Dekerta w Gorzowie, pięć lat temu (2010)otwarto wystawę pt :”Powojenne widoki Gorzowa ze zbiorów Kurta Mazura”. Wszystkie prezentowane na wystawie fotografie były czarno – białe i pochodziły z archiwum Kurta Mazura, byłego mieszkańca Gorzowa, który z sentymentu i miłości do miasta, zgodził się pokazać współczesnym Gorzowianom najlepsze i najbardziej poruszające obrazy





Dr Kurt Mazur, dziś emerytowany chirurg plastyczny mieszkający w Stuttgarcie urodził się w 1941 roku we Lwowie. Do Gorzowa a ściślej jeszcze wtedy Landsberga przybył w 1945 roku i zamieszkał przy ul. Mickiewicza 25.
Pasją fotografowania zaraził go ojciec Eugeniusz ( 1912-1984) . Swoje pierwsze zdjęcia wykonał aparatem na dużą kliszę marki Mentora  "Ojciec tachał to pudło z trójnogiem, szukał kadrów, miejsc, potem czekał na właściwe światło,wracał do domu, robił odbitkę i tak w kółko przez całe lata". Potem zaczęli używać lżejszych i praktyczniejszych aparatów takich firm jak Start, Kodak i Foglendera.
Kurt w Gorzowie zdążył ukończyć I LO. W 1963 roku zimą rodzina Mazurów wyjechała do Niemiec i osiedliła się w Heidelbergu. Kurt  po ukończeniu studiów medycznych przeniósł się do Stuttgardu, gdzie rozpoczął pracę jako chirurg plastyczny w jednej z renomowanych klinik w Niemczech. Z kliniką związany był aż do emerytury.
Autor z doskonałym wyczuciem poprowadził współczesnego widza na wycieczkę w przeszłość. Dla starszych była to nostalgiczna podróż z łezką w oku, dla młodych odkrywanie miasta, którego nigdy nie znali. Autor zabrał oglądającego w inny wymiar. Zahipnotyzował, zadziwił...





Pani Anna przyszła na wystawę z 10 letnim prawnuczkiem. „Chciałam pokazać prawnukowi jak wyglądało miasto kiedyś. Dotychczas znał je tylko z moich opowiadań, teraz ma okazję zobaczyć wiele miejsc o których mu opowiadałam”.
Starszy Pan skupiony na oglądaniu widoków miasta sprzed kilkudziesięciu lat wyglądał tak, jakby właśnie odbywał swoją osobistą podróż. Nikt nie śmiał przerywać mu tej podróży.





Nie był więc to zwykły pokaz starych fotografii. To, utrwalony na kliszy obraz miasta, którego już nie ma, to zatrzymany trzaskiem starej migawki czas…


Fotografia jest doskonałym medium, które przybliża, opowiada, a jednocześnie pobudza i wspomnienia i wyobraźnię. Może zaciekawić oglądającego do tego stopnia, że po ich obejrzeniu zechce on poszukać tego czego już nie ma... Zatem...Bardzo dziękuję dr Kurtowi Mazurowi za zgodę na publikację zdjęć ze swojego imponującego archiwum na moim blogu. Dzięki starym zdjęciom miasta Gorzów, moje wpisy są bogatsze!



Organizatorem wystawy było Muzeum Lubuskie i. Jana Dekerta przy współpracy dziennikarza obywatelskiego portalu mmgorzow.pl Edwarda "Edy", fotoreportera Bogusława Sacharczuka i mojej skromnej osoby.




(Fot. Bogusław Sacharczuk, 30.01.2010, za zgodą na publikację)

Kurt Mazur zmarł 18 listopada 2022 roku. 

czwartek, 9 października 2014

"Osiem"...na osiem


Bogusław Sacharczuk, gorzowski fotoreporter, Autor większości zdjęć publikowanych na moim blogu, uważa, że każde zdjęcie musi opowiadać jakąś historię. Bo kiedy w fotografii jest historia, wtedy możemy być pewni, że fotoreporter zrobił wszystko, by widz nie pozostał obojętny wobec tego co pokazuje. Fotografia musi budzić emocje, nieść przekaz, skłaniać do myślenia.



Wystawa złożona z ośmiu fotografii  podsumowuje osiem lat pracy Bogusława Sacharczuka w branży fotoreporterskiej. Nie są to jednak zdjęcia stricte reporterskie. Autor za pomocą głębi czerni i bieli oraz mocy momentów uchwycił na każdej z fotografii małe wydarzenie, niby nieistotne, lecz z każdym spojrzeniem rosnące w oczach widza. W jego pracach nietrudno doszukać się emocji umiejętnie oddziałujących na ludzką psychikę. Podkreślony cieniem kształt postaci czy rzeczy, spontanicznie namalowany wędrówką światła obraz i jego zacienione partie sprawiają, że oglądanie tych ujęć artystycznie nastraja duszę, jak również udowadnia, że można przełamać schemat braku walorów artystycznych ujęć reporterskich energią obrazu, ożywiającą potencjał zawarty na jednej klatce "kliszy" fotograficznej.
Wernisaż odbędzie się 10 października 2014 roku, w Bibliotece Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej przy ulicy Chopina w Gorzowie Wlkp. o godzinie 18.00.
W imieniu Autora i swoim własnym serdecznie zapraszam.


czwartek, 4 września 2014

"Przemarsz Terakotowej Armii"

W 2007 roku nie lada wydarzeniem był przyjazd do mojego miasta "Terakotowej Armii" ,czyli figur grobowych żołnierzy i koni uznanych przez UNESCO za ósmy cud świata.



Czym właściwie jest Terakotowa Armia? To zbiór ponad 8000 figur wojowników oraz 500 koni, naturalnej wielkości, wykonanych z terakoty, odnalezionych w 1974 roku przypadkowo przez trzech chłopców - Yang Xinman, Yang Peiman i Yang Peiyan podczas kopania studni. Figury jak się okazało umieszczone były ok. 1, 5 kilometra od grobowca Qin Shi,pierwszego cesarza Chin i twórcy Wielkiego Muru. który zmarł w ...210 roku p.n.e! Zgodnie z wierzeniami, Terakotowa Armia Cesarza miała strzec go w życiu pozagrobowym. Ponoć jej budowę zlecił na 38 lat przed swoją śmiercią.




Możecie wierzyć mi na słowo - każda figura żołnierza , prócz tego, że jest naturalnych rozmiarów ( ok. 177 cm) , posiada indywidualne rysy twarzy, każda wyraża inne emocje, każda ma inną fryzurę. Jeźdźcy mają czapki, wskazujące na ich rangę. Na figurach widać biżuterię i ozdoby włosów. Wojownicy posiadają różne uzbrojenie, każdy z nich także na wieki zastygł w różnych pozach. Co ciekawe konie przy rydwanach mają wodze z brązu.


(miniatura rydwanu z końmi)

Oryginalnie figury były pomalowane. Niestety kolory zachowały się tylko do czasu ich odkrycia . Po wydobyciu na powietrze farba zaczęła stopniowo zanikać, co widać dość wyraźnie w miejscach przebarwień.

Oglądane przez Was figury Terakotowej Armii nie jest oryginalne. Eksponaty są kopiami, ale wykonanymi z tej samej gliny i w identycznych rozmiarach i kształtach jak oryginały.


Prawdziwe, odkopane figury ośmiu tysięcy wojowników znajdują się w kryptach na terenie chińskiej prowincji Shaanxi.



środa, 13 sierpnia 2014

Opowieści z ...dochówki

W piątkowe popołudnie Klub Myśli Twórczej "Lamus", Stowarzyszenie Promocji Kultury Kamienica - Robert Piotrowski / Kolekcja Historyczna Miasta Gorzowa, Susann Hellemann, Lothar Binger - Archiwum Historycznej Fotografii Codzienności, Nicole Seydewitz - Muzeum Pieców i Ceramiki Velten koło Berlina zaprosiło Gorzowian na niecodzienną wystawę zatytułowaną " Światy kuchenne. Polsko - niemieckie historie wokół kuchni".  Przeniosło Gości w świat historii, głównie do lat przedwojennych, kiedy miasto Gorzów było także miastem niemieckim.  Pozwoliło chwycić się niewidzialnej nici przeszłości i przeciągnąć ją do "tu i teraz"...niejednokrotnie też pozbierać okruchy własnych wspomnień.

Na wystawie, której głównym motywem jest wygląd dawnych kuchni w regionie berlińsko - brandenburskim, , nic nie udaje starego. Każdy eksponat  jest prawdziwy! Pieczołowicie dobrany i wychuchany przez kolekcjonera uczy nie tylko historii, ale także daje wyobrażenie jak wyglądały przedwojenne niemieckie pomieszczenia kuchenne...




                          (Kolekcja P. R. Piotrowskiego)

Te archaiczne sprzęty, wystawione na piętrze Klubu "Lamus", gdzie niegdyś mieścił się mieszczański dom,  harmonijnie wtapiają się w otoczenie.  Zdaje się, że żyją własnym i nieprzerwanym przez czas rytmem... Tu znalazł  swoje miejsce na biało pomalowany kuchenny stół i dwa krzesła...




Z kąta zerka ...ówczesna lodówka...




A na  ścianach wiszą czarno - białe, duże  fotografie... Wypełnione kuchennymi antykami, uśmiechniętymi właścicielami zapraszają współczesnych do środka otwartym, tajemniczym wnętrzem.




I każda z tych fotografii ma duszę, ma swoją historię, ma magię...Bo takich wnętrz już nie ma. Nie ma kuchni tzw. "westwalek", nie ma fajerek, nie ma ubranych we wdzięczne fartuszki gospodyń...





Kuchenne pomieszczenia, jak wszystko, na przestrzeni lat ewoluowały. Z czasem przepiękne kredensy, stoły, taborety czy wreszcie kuchenki zamieniano na nowe. Pozbywano się "poniemieckich" garnków, oryginalnych pojemników na produkty, półek, wieszaków czy kuchennych ściereczek ozdobionych monogramami poprzednich właścicieli...



Jako, że wychowałam się "poniemieckim" domu chcąc nie chcąc żyłam wśród takowych pamiątek przeszłości. 
W sieni domu aż do lat 80 -tych znajdował się żeliwny zlew . Stały wikinowe kosze na warzywa i owoce. Na kuchennym kredensie, z bogato zdobionymi drzwiczkami przez lata stały porcelanowe, biało – niebieskie pojemniki z napisem „SALZ”, „ZUCKER”, „KAFFEE”. W szufladzie znajdowały się papierowe teczki z niemieckimi napisami, a w szafach wieszaki z niemiecką nazwą miasta ... Z babcinej kuchni wydobywał się zapach smażonych na "westwalce" dań...Z pomieszczenia zwanego pralnią para z żelazka " na duszę"...



Dzięki tej fascynującej wystawie udało mi się nie tylko przejrzeć karty historii starodawnych kuchni zamkniętych w pętli czasu, ale również wrócić do wspomnień o rodzinnym domu, o urządzonej podobnie kuchni, po której, tak jak i po domu nie zostało już nic...


.





(Wystawa czynna do 14 października 2012 r.)

poniedziałek, 3 marca 2014

Orły, łabędzie, jaskółki i inne latające stwory ...

Niemal każdy mieszkaniec Zachodu kojarzy Chiny z delikatnym jedwabiem, z porcelaną, z przecudnymi wachlarzami, Wielkim Murem Chińskim, sztukami walki czy Klasztorem Shaolin. Nie można jednak zapomnieć o magii i tajemnicy, które kryje kultura tego kraju, a nade wszystko o symbolu Chin, smoku przynoszącym ponoć  szczęście i o latawcach, których święto, nie festiwal, który notabene obywa się w kwietniu, obchodzone jest co rok w Chinach "9 miesiąca, 9 dnia" a niektóre źródła podają, że 3 marca. Na potrzebę wpisu postanowiłam wybrać dzisiejszą datę :)


W kulturze tego kraju latawce obecne są  od  2-3 tysięcy lat.  Pierwsze wzmianki o nich pojawiły się już V w p.n.e.  Nic w tym zadziwiającego, ponieważ  tylko tam był już znany papier i jedwab. Materiały zarazem i lekkie i mocne, dzięki którym można było budować latawce. 
 
Dokładnej daty narodzin latawca niestety nie da się precyzyjnie ustalić, Trudno oddzielić historię od legend...Być może za datę narodzin latawca można uznać kapelusz zwiany z głowy chińskiego rolnika, który zafascynowany jego lotem stworzył coś na kształt latawca...być  może podanie, które mówi, że generał Han Xin, który w 196 r p.n.e. chcąc zająć pałac królewski zastosował latawiec do pomiaru odległości między swym wojskiem a murami pałacu królewskiego...Półoficjalnie przyjmuje się jednak, że twórcą pierwszego latawca był Lu Ban KLIK , chiński cieśla, który skonstruował go ok. 500 r. p.n.e ...
 
Jedno jest natomiast pewne. Latawce w starożytnych Chinach cieszyły się ogromną popularnością i były często wykorzystywane w celach militarnych. Ogromne falujące na wietrze stwory wprowadzały popłoch w szeregach wroga. Podług zaś popularnej legendy wysoko unoszący się latawiec miał ochronić od złego przeznaczenia, odpędzić złe duchy i choroby.
 
Współcześnie latawiec służy do zabawy, do rozrywki. W Chinach codziennie można spotkać dzieci i dorosłych puszczających latawce o przeróżnych formach, kolorach i wielkościach. Większość z nich ma kształt ptaków, symbolizujących wolność.
 
 
Wszystkie charakteryzują się przepięknymi kształtami, delikatnym wykonaniem i wspaniałą kolorystyką. Wyglądają niemal jak żywe, dzięki wspaniałemu ręcznemu wykonaniu.
 
 
 Uzdolnienia i zamiłowanie Chińczyków do miniaturyzacji i prac wymagających dużej precyzji znalazły swój wyraz w prezentowanych na ścianach Muzeum "Spichlerz" latawcach, trzeba przyznać, wykonanych niezwykle misternie.


Latawce, choć nie tylko, można było obejrzeć na ubiegłorocznej wystawie  "Pięć barw Smoka", która zagościła w Gorzowie dzięki ambasadzie ChRL w Warszawie, oraz dzięki uprzejmości dr. Henryka Brandysa, znawcy i miłośnika kultury orientalnej, komisarza wystawy, który podzielił się swoimi zbiorami.
 
 
(Fot. Bogusław Sacharczuk, czerwiec 2013, za pisemną zgodą na publikację)

czwartek, 7 listopada 2013

Oryginał Biblii Brzeskiej w Gorzowie!

Biblia Brzeska  zgodnie z deklaracjami wydawców  uważana jest powszechnie za pierwszy polski przekład całej Biblii z języków oryginalnych; hebrajskiego i greckiego na język polski. Dokonali tego, w 1563 roku polscy Kalwini.


Biblia napisana jest piękną XVI-wieczną polszczyzną o wysokim poziomie artystycznym i literackim przy czym język jej jest zwięzły i niestety archaiczny. Tekst jest drukowany dużymi czcionkami, a objaśnienia i przypisy drobniejszą czcionką. Starannie wykonane drzeworyty na stronie tytułowej i w części starotestamentowej podkreślają jej wyjątkowość. Biblia wydrukowana została w Brześciu Litewskim w nakładzie około 500 egzemplarzy 4 września 1563 roku.
Duża część nakładu Biblii Brzeskiej wraz z innymi pismami ewangelickimi została publicznie spalona na stosie, na wileńskim rynku  przez Mikołaja Radziwiłła syna, kiedy ten przeszedł na katolicyzm...Do dziś ocalało jej niespełna 20 sztuk...



Na zdobionej stronie tytułowej czytamy:
"Biblia święta, tho iest, Księgi Starego y Nowego Zakonu, właśnie z Żydowskiego Greckiego y Łacińskiego, nowo na Polski ięzyk, z pilnością y wiernie wyłożone."



 Zabytkową księgę do Gorzowa przywiózł ksiądz Tadeusz Jelinek z kościoła Ewangelicko-Reformowanego w Żychlinie, nieopodal Konina.


Konferencja w bibliotece gorzowskiej miała na celu przybliżenie wielowyznaniowego charakteru miasta Gorzowa oraz wkładu ewangelików w historię kultury polskiej jak też rozwój polskiego języka literackiego.
Organizatorami wydarzenia byli:
Kościół Ewangelicko-Augsburski,  Wojewódzka i Miejska Biblioteka Publiczna, Kościół Ewangelicko-Reformowany w RP oraz Polskie Towarzystwo Historyczne oddział w Gorzowie.



Więcej na temat Biblii Brzeskiej KLIK

Biblię Brzeską można przeczytać w I-necie TUTAJ


(Fot. z konferencji, Bogusław Sacharczuk, pseud. bs, za pisemną zgodą na publikację)

środa, 7 sierpnia 2013

Wizja miasta Gorzowa sprzed 400 lat

Długą na 4 metry i szeroką na 3,5 metra makietę miasta sprzed roku 1647 można oglądać w gorzowskim muzeum "Spichlerz" od dwóch lat.


 Makieta stworzona przez Jana Gottwalda (autora miniatury Krakowa z 1650 roku)  prezentuje miasto w skali 1:300,  składa się z tysiąca elementów (krakowska z 6 tysięcy) i tym samym ma więcej (niż krakowska) architektonicznych i konstrukcyjnych detali. Dzięki temu widać więc więcej elementów, a  miasto jawi się jako niemal tętniące życiem. Można w nim bowiem zobaczyć nie tylko domy, budowle, budynki, rzekę Wartę, ale również szczegóły takie jak np. studnia na podwórku, wozy drabiniaste, statki, a także... worki z mąką pod piekarnią. Ważnym i dopełniającym elementem makiety są  struktury obronne miasta.



Makieta XVII miasta powstała w oparciu o dostępną kartografię, którą wykonali inżynierowie szwedzcy w 1631 roku, podczas wojny trzydziestoletniej  przebywający w mieście oraz pochodzących z mniej więcej tego czasu rycin Meriana.

(Fot. Bogusław Sacharczuk, za pisemną zgodą na publikację)

środa, 8 lutego 2012

Dwa lata patrzenia na Zachodniopomorskie...

Dwuletnie wędrowanie po ziemiach ówczesnej Nowej Marchii, ograniczone do miast i miasteczek dzisiejszego województwa Zachodniopomorskiego było dla mnie podróżą zaskakującą. Wraz z grupą przyjaciół i rodziną przemierzyliśmy setki kilometrów, odwiedziliśmy mnóstwo miast, wkraczaliśmy w nieznane dotąd nam obszary, aby pobłąkać się po zaułkach i uliczkach, aby poczuć się jak człowiek szukający i pewny, że to co zaraz odnajdzie po prostu go zachwyci. Pokłosiem naszych wspólnych wędrówek były moje teksty o charakterze regionoznawczym publikowane głównie na gorzowskim portalu społecznościowym, zaś fotoreportera i fotografika, Bogusława Sacharczuka wystawa jego prac...




Obszar historycznej Nowej Marchii należy do najciekawszych pod względem turystyczno–krajoznawczych zakątków zachodniej Polski. Bogata rzeźba terenu, malownicze i czyste jeziora, cieki wodne, duże kompleksy pięknych lasów, pomniki przyrody, parki...

Atrakcyjność krajobrazu podnosi ponadto wiele zabytków architektury. Szczególnie cenne są wczesnogotyckie zbudowane z ciosów granitowych budynki sakralne, jak również kamienne mury obronne i bramy miejskie.

Nowa Marchia to także pozostałości po starych osadach rolniczych, rybackich, handlowych będących świadectwem wczesnego osadnictwa. Ziemie należące niegdyś do Templariuszy, Joanitów i Brandenburgii.

To na tym terenie znajduje się Szlak Pamięci Narodowej upamiętniający ostatni etap II wojny światowej, forsowanie rzeki Odry w 1945 roku. Tu spoczywają prochy żołnierzy polskich i żołnierzy radzieckich.

Tu pozostało wiele śladów przeszłości, detali oznaczających dawną świetność jak chociażby ta kuta brama...



Ciche, spokojne, senne miasteczka zamknięte kiedyś szczelnym pierścieniem murów obronnych dziś rozrastają się szczerzej, niwelując dawne ograniczenia. Wytyczony przed wiekami uliczkami rynek - do dziś pozostawiono ich urbanistyczny średniowieczny układ - stanowi serce miast. Przy nim wznosi się ratusz, często plac z pomnikiem i zawsze góruje nad nim kościół.

Każde z tych miasteczek jest jak labirynt brukowanych, zadbanych, czystych, wąskich ulic i uliczek. Nie sposób jednak się w nich zgubić. Drogowskazem, który naprowadza do centrum, jest zawsze wieża kościoła. Przemierzając uliczki, mija się domy, przeważnie parterowe lub posiadające jedną kondygnację, odnowione, często z elementami współczesności – okna, anteny satelitarne, nowoczesne drzwi, ale także domy zabłąkane w czasie, z kamiennymi progami i masywnymi drzwiami pomalowanymi farbą olejną. Z szerokimi bramami, za którymi z jednej strony czai się przeszłość, z drugiej zaznacza się współczesność.

I tylko zaparkowany samochód, rozpalony grill czy też inny element współczesności miesza obraz przeszłości z teraźniejszością.



Każde z tych miasteczek i miast jest nieprzeniknione. Nie sposób ich poznać dokładnie w ciągu kilku godzin. Nie sposób poznać każdego jego skrawka. Przez kilka godzin można delikatnie dotknąć historii, wydobyć z pamięci wcześniej znane sobie informacje o ich historii, spróbować wyobrazić sobie losy ludzi, którzy przed wiekami tworzyli miasto, budując je kamień po kamieniu, odbudowując i dobudowując. Tych, którzy rodzili się tu, umierali, ginęli. Można spróbować przyglądnąć się kamieniom, drzewom, zajrzeć w okna domów, gdzie nikt nie mieszka, wejść na stare kamienne lub drewniane schody i stąpać po śladach ludzi, których już nie ma...



Nie dotarliśmy wszędzie. Są jeszcze na pewno miejsca, które ukrywają swój tajemny urok. Być może razem znów go poszukamy …Następnym razem może i mi uda się popatrzeć tak jak mój towarzysz podróży, który pokazał mi to co jest „niewidoczne, a jednocześnie widzialne”...

Póki co, zapraszam na wernisaż wystawy...



Do zobaczenia:)

czwartek, 1 grudnia 2011

Bombka - małe, kruche dzieło sztuki

Jako że nadchodzą święta Bożego Narodzenia, a wraz z nimi czas pięknych ozdób choinkowych zaprezentuję Wam kilka fotografii bombek z kolekcji gorzowianina , Pana Bogusława Buchali, który w ubiegłym roku pokazał swoje zbiory w gorzowskim muzeum.

Bogusław Buchali kolekcjonuje te małe dzieła sztuki od 18 lat. Inspiracją do tego nietypowego, acz pięknego zbieractwa był artykuł w prasie, notabene kobiecej, dotyczący słynnej na cały świat częstochowskiej fabryki bombek "Komozja". Zauroczony polskimi wyrobami zapragnął je mieć, ale... przed osiemnastu laty nie można ich było kupić w kraju. Nawiązał zatem kontakt z właścicielami i dzięki ich uprzejmości stał się właścicielem pierwszych bombek . Obecnie ma ich ok. 2.000. Jego bożonarodzeniowe drzewko w domu zdobi corocznie …300 bombek z własnej kolekcji.



Najważniejsze w kolekcji są oczywiście bombki z wizerunkiem Czarnej Madonny i Papieża Jana Pawła II...



Są także ptaki...



Jajka Fabergé...



Mikołaje...



Figurkowe bombki postaci egipskich...



I owady



Bombki Pana Bogusława są cudne i co ważne w świecie ozdób, gdzie zalewa nas chińszczyzna i tandeta , polskie i wykonane ręcznie.

I tak jak każdy mebel zdobi detal, tak te bombki zdobi przemyślany, niezwykle autentyczny w swej stylistyce motyw. W świetle mienią się prawdziwym złotem i kryształami Swarovskiego...