Fragmenty mojego świata...

Fragmenty mojego świata...
stat4u

UWAGA

Źródła fotografii ; archiwum rodzinne, zdjęcia własne oraz zdjęcia użyczone mi przez znajomych; Annę, Kurta Mazura, współtowarzyszy moich eskapad : gorzowskiego fotoreportera Bogusława Sacharczuka (bs) , Mariusza oraz brata Toma; wszystkie publikuję na blogu za ich wiedzą i zgodą i zawsze są przeze mnie podpisane! Korzystam także ze zdjęć umieszczonych w Wikipedii i publikuję je z zachowaniem Licencji.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Biografie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Biografie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 18 czerwca 2017

Romska Sendlerowa

Kiedy naziści realizowali swój okrutny plan eksterminacji narodu cygańskiego Alfreda Markowska (Nońcia) ratowała przed zagładą dzieci... podstępem zabierała je z niemieckich transportów, wyszukiwała w lasach... Przypisuje się jej ocalenie kilku setek żyć. 

Urodziła się 10 maja 1926 roku w wędrownym taborze w okolicach Stanisławowa. Gdy miała 15 lat jej tabor zmuszony był uciekać przed Armią Czerwoną. Chcąc nie chcąc trafił w okolice Białej Podlaski, na teren okupowany przez Niemców. Tu rozegrała się tragedia...Cały tabor, 80 osób, został wymordowany. Ocalała tylko ona. Ocalała, ponieważ poszła do wioski powróżyć... 

Uciekła z miejsca kaźni. Udało jej się dostać do Rozwadowa (koło Sandomierza), gdzie rok później, w 1942 wyszła za mąż. Wkrótce małżonkowie zostali osadzeni w getcie w Lublinie, potem zostali przewiezieni do Łodzi i Bełżca, skąd uciekli z powrotem do Rozwadowa. Alfreda zatrudniła się na kolei. Uzyskała zaświadczenie o pracy chroniącej ją przed łapankami. Widziała pociągi jadące do Auschwitz. Na postojach, gdy wagony „sprzątano”, czyli oczyszczano z ciał tych, którzy makabrycznej podróży nie przeżyli, Nońcia wynosiła z nich dzieci. Polskie, żydowskie, romskie...transportowała je pod spódnicą do przygotowanych wcześniej specjalnych kryjówek. Potem wyrabiała fałszywe dokumenty. Gdy usłyszała o pogromie jakiegoś taboru, jechała by szukać ocalałych ... 

W latach 60. władze PRL zakazały Romom poruszania się po kraju taborami. Dawni koczownicy otrzymywali mieszkania, a za pozostanie przy dotychczasowym trybie życia groziło im kolegium. Nońcia  osiadła wówczas w Gorzowie Wielkopolskim,

W 2006 roku prezydent Lech Kaczyński odznaczył ją Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski „za bohaterstwo i niezwykłą odwagę, za szczególne zasługi w ratowaniu życia ludzkiego”. Podkreślał, że „Jeżeli dziś istnieje naród żydowski (…) jeżeli istnieje naród romski i znaczna jego część zamieszkuje w Polsce, to dlatego, że byli tacy ludzie, jak pani. I takim ludziom jak pani właśnie należy się szacunek, podziw”. Było to wydarzenie bezprecedensowe, ponieważ po raz pierwszy w historii Polski, kobiecie romskiej a przy tym obywatelce polskiej, nadano tak wysokie odznaczenie państwowe.

31 maja 2017 roku, w Gorzowie odsłonięto jej mural. Wizerunek babci Nońci znalazł się na jednej ze ścian szkoły podstawowej nr 1 przy ul. Dąbrowskiego, w której od dziesięcioleci uczą się romskie dzieci. Obok szkoły mieszka 91. letnia Alfreda Markowska. 



Mural powstał w ramach zamówienia publicznego realizowanego przez Związek Romów Polskich. Autorem projektu jest gorzowianin Leszek Michta.

Aktualizacja, 15 września 2017

Alfreda Markowska została dziś Honorowym Obywatelem Gorzowa!

Alfreda Markowska zmarła 30 stycznia 2021 roku. Została pochowana na gorzowskim cmentarzu komunalnym. 

poniedziałek, 11 maja 2015

"Jest w orkiestrach dętych jakaś siła"

Od 2006 roku w Gorzowie odbywają się Międzynarodowe Spotkania Orkiestr Dętych. Od dziewięciu lat impreza cieszy się dużym zainteresowaniem. Od początku jest też okazją do muzycznego dialogu orkiestr z kraju i zagranicy oraz ważnym czynnikiem kulturotwórczym.


Na to wielkie święto muzyki przyjeżdżają muzycy z Polski, Ukrainy, Czech, Litwy, Niemiec.


Festiwal zaczyna się od przemarszu główną ulicą miasta





Koncerty odbywają się w kilku punktach miasta; na Bulwarze nad Wartą, w galerii handlowej i na Starym Rynku.


Nie lada atrakcją jest pokaz musztry paradnej


 Festiwal poświęcony jest pamięci kompozytora muzyki marszowej,  Carla Teike,  twórcy popularnego marszu "Alte Kameraden", który od ponad stu lat jest w repertuarze wielu orkiestr dętych na całym świecie.Od nazwy tego właśnie marszu gorzowskie spotkania zaczerpnęły też swoją nazwę.


Carl Teike urodził się w 1864 r. w Dąbiu koło Szczecina. W młodości był oboistą w orkiestrze regimentu grenadierów w Ulm. Po odejściu z wojska był policjantem w Poczdamie, a od 1909 r. urzędnikiem pocztowym  w Landsbergu (obecnie Gorzów Wielkopolski), gdzie po pracy komponował i dyrygował orkiestrą.  Stworzył dziesiątki marszów, i ten najsłynniejszy - "Alte Kameraden" z  1889 roku.


 Kompozytor zmarł w 1922 roku. Został pochowany na landsberskim nieistniejącym dziś cmentarzu ewangelickim (o nim niebawem).  Mieszkańcy miasta, w dowód uznania jego zasług, wystawili mu pomnik, który nie przetrwał do naszych czasów. Nie przetrwał także grób.

27 maja 2007 roku, w 85 rocznicę śmierci landsberskiego kompozytora Carla Teike,  podczas pierwszych Międzynarodowych Spotkań Orkiestr Dętych,  na domu przy ulicy Kosynierów Gdyńskich 26, w którym Carl Teike mieszkał i tworzył, odsłonięto tablicę pamiątkową, którą wykonał gorzowski rzeźbiarz Andrzej Moskaluk.



Tablicę ufundowali mieszkańcy. Cegiełki na budowę tablicy  w cenie 5 zł rozprowadzało Nowe Towarzystwo Upiększania Miasta, którego prezesem był śp. Bożydar Bibrowicz.



Dziewiąte spotkania przeszły już do historii. Mieszkańcy, organizatorzy i orkiestry  z niecierpliwością czekają na X, jubileuszowy festiwal.




Fotorelację z tegorocznych spotkań, które odbyły się w dniach 09-10 maja można obejrzeć tu


(Fot. archiwalne; Tom i Mariusz; uwaga-  klip video nie pochodzi z festiwalu w Gorzowie)

niedziela, 11 stycznia 2015

Gwiazdy nie spadają z nieba; rodzą się w Gorzowie


W sierpniu 1946 roku w gorzowskim szpitalu na świat przychodzi Edward Jancarz, jeden z najlepszych gorzowskich i polskich żużlowców wszech czasów.



Ma zaledwie sześć lat kiedy zostaje kibicem Stali Gorzów. Karierę sportową rozpoczyna jednak dużo później. Jako dziewięciolatek, na własnoręcznie złożonym rowerze z uzbieranych części bawi się z kolegami na podwórku w żużel. Ma 11 kiedy wyprasza u rodziców nowy rower wyścigowy. Codziennie po kilka godzin ćwiczy jazdę po gorzowskich ulicach. Po roku pasja zostania kolarzem mija. Przyczynia się do tego prezent jaki otrzymuje - silniczek spalinowy. Montuje go do swego roweru i tak rodzi się w nim marzenie -  chce uprawiać czarny sport. Na "treningach" naśladuje swoich idoli; Edmunda Migosia, Andrzeja Pogorzelskiego, Bogusława Nowaka...Prosi ojca o motocykl. Dostaje. Kupioną na raty WFM-ką czternastolatek przemierza nadwarciańskie tereny. Ściga się sam z sobą, przegania z wiatrem...Ma 19 lat, kiedy trafia  do klubowej szkółki. Szybko otrzymuje szansę i równie szybko ją wykorzystuje. Po zaledwie trzech latach treningów wielki świat żużla jest jego. Zostaje w Goeteborgu brązowym medalistą indywidualnych mistrzostw świata. Kolekcja medali z roku na rok staje się coraz bardziej okazała. Na jego plastronie wisi medal drużynowego mistrza świata, a  także dwa srebrne i cztery brązowe medale. Zdobywa też cztery krążki z mistrzostw świata par na żużlu.  Dwukrotnie nosi tytuł indywidualnego mistrza Polski. Siedmiokrotnie wygrywa ze "Stalą Gorzów" drużynowe mistrzostwo Polski.Wielką popularność zdobywa pod koniec lat 70 w Wielkiej Brytanii. Tam w latach 1977-1982 jeździ w barwach londyńskiego "Wimbledonu". Anglicy, pełni szacunku i uznania nadają mu przydomek "Eddy". Podczas meczu Polska - Włochy, w 1984 roku odnosi ciężką kontuzję. Po intensywnej rehabilitacji przez sezon wspomaga jeszcze swoją gorzowską drużynę. Pomaga jej utrzymać się w ekstraklasie i po rozgrywkach decyduje się na zakończenie kariery. W roku 1986 na gorzowskim stadionie Edward Jancarz organizuje turniej pożegnalny. Nie rozstaje się jednak z żużlem. Zostaje trenerem "Stali" i KKŻ Krosno. Jego wspaniałe życie na torze, niepozbawione wielu kontuzji jest dla niego wciąż najważniejsze. Trudno pogodzić mu się z decyzją jaką sam podjął.  Mówi - "skończył się żużel, skończyło się życie". Pije coraz więcej, staje się agresywny, 11 stycznia 1992 roku  "Wielki Edy" umiera w swojej willi. Śmiertelne ciosy nożem kuchennym zadaje mu, w afekcie, podczas awantury domowej, druga żona, Katarzyna.

Edward Jancarz pochowany zostaje na cmentarzu komunalnym w  Gorzowie Wielkopolskim.



Gorzowianie o nim pamiętają. Jego imieniem nazwali ulicę i  stadion "Stali" przy ulicy Śląskiej. Od 1992 roku odbywa się też w Gorzowie towarzyski turniej żużlowy pod nazwą Memoriał im. Edwarda Jancarza.



W 2005 roku w centrum miasta staje pomnik tego wybitnego zawodnika. Jest to pierwszy na świecie pomnik żużlowca....



Edward Jancarz, co ważne, był  jedynym gorzowskim zawodnikiem, który przez całą swoją drogę żużlowej kariery związany był tylko  "Stalą Gorzów".


(Fot. 1, wolne zasoby Wikipedii, kolejne zdjęcia Bogusław Sacharczuk)

poniedziałek, 1 grudnia 2014

Johann Gottlieb Hermann Paucksch i jego (nieistniejące dziś ) imperium


"...dziesięcioma zdrowymi palcami, z trzema markami kapitału zakładowego, z jasną głową i niespożytą wytrwałością i wolą..." te słowa Johanna Gottlieba Hermanna Pauckscha, skierowane do syna, Hermanna juniora są odpowiedzią na pytanie jak J.G.H Paucksch stworzył swoje imperium.




Johann Gottlieb Hermann Paucksch urodził się 13 kwietnia 1816 roku w Landsbergu (od 1945 roku, Gorzów). Przeżył tu 83 lata, umarł 5 maja 1899 roku, w trzy lata po ufundowaniu przez siebie fontanny na Starym Rynku.
Jego rodzicami byli Johann Gottlieb Paucksch z zawodu mistrz tokarski oraz Dorothea z domu Jabelt.
Dzieciństwo i młodość późniejszego fabrykanta wcale nie były łatwe. Wychował się w skromnych warunkach. Jego edukacją zajmował się wuj, z zawodu rymarz, który szybko poznał się na talencie chrześniaka. W Landsbergu zdobył zawód mosiążnik, po czym wyjechał do Berlina. Zatrudnił się w Fabryce Maszyn Braci Freud jako tokarz.
Nie zabrakło mu czasu na naukę. Uczył się w każdej wolnej chwili, co zaowocowało zdobyciem nowego fachu, mistrza - konstruktora maszyn. Swoją postawą, zaangażowaniem i zdolnościami zwrócił uwagę Johanna Heinricha, najmłodszego z braci Freund, który za kilka lat stał się wspólnikiem Pauckscha.
W roku 1842 młody Pausksch wraca do Landsberga i żeni się z Mathilde Louise z domu Brunkow, córką kupca. Ma z nią ośmioro dzieci. Rok po śmierci swojej pierwszej żony, w roku 1855 żeni się ponownie z Anną Karoliną z domu Schröter, córką pastora z Kłodawy. Z tego małżeństwa na świat przychodzi pięcioro dzieci. Dwóch synów później będzie miało niemały wpływ na rozwój firmy ojca.
Pierwszą swoją firmę zakłada w roku 1842. Pierwszy jego warsztat mieścił się przy obecnej ulicy Hawelańskiej, potem w 1846 roku przenosi go na Zawarcie.
W latach 1850/1860 wspólnikiem Pauckscha zostaje Johann Heinrich Freund. Występuje on z berlińskiej firmy Bracia Freud i aż do swojej śmierci w roku 1868 razem prowadzą firmę w Landsbergu o nazwie Paucksch$Freund.
Rok 1870 wiąże się z modernizacją i przebudową fabryki. W tym że roku Paucksch wypuszcza na rynek swój setny kocioł parowy. Za trzy lata będzie mógł pochwalić się pierwszym tysiącem. Ogółem w fabryce wyprodukowano 12.000 szt. kotłów wodno-rurowych. Na światowej wystawie w Paryżu w 1871 prezentuje swoje wyroby i zdobywa Grand Prix.
W roku 1884 jego syn Hermann Johann Heinrich obejmuje stanowisko dyrektora do spraw technicznych i w roku 1885 zdobywa pierwszy swój patent na kotły płomienicowe i falowo-stopniowe oraz rozpoczyna produkcję silników gazowych. Drugi syn, Otto współtworzy z ojcem fabrykę, jednak po 12 latach wycofuje się i zostaje rentierem.
Johann Gottlieb Hermann Paucksch odchodzi na emeryturę. Od pracowników otrzymuje prezent. Jest to figura przedstawiająca kowala z XIX wieku.




Pod koniec XIX wieku Hermann Paucksch junior buduje stocznię, którą rozbudowuje w latach 1910/1911. W 1901 roku wodowany zostaje pierwszy statek pasażerski. Jest to statek śródlądowy zamówiony przez Poznań , elegancki, reprezentacyjny i nowoczesny. W swojej stoczni Hermann Paucksch junior buduje również między innymi pchacze. Ostatni taki pchacz schodzi z pochylni w 1937 roku. Ogólnie wybudował ok. 70 statków, holowników i pchaczy.
W czasie I wojny światowej fabryka zajmuje się już wykonywaniem zamówień na cele wojskowe. Podupada. 

W roku 1923 decyzją Zgromadzenia Ogólnego Akcjonariuszy majątek zostaje przekazany spółce akcyjnej ( Budowa Maszyn i Urządzeń) ze Zgorzelca a w 1926 następuje sprzedaż Oddziału Landsberg, tym samym kończy się pewna epoka.
Produkcja Zakładów Pauckscha obejmowała : kotły parowe lądowe i okrętowe, maszyny parowe, kotły do lokomobili i lokomotyw, silniki gazowe oraz diesla , urządzenia gorzelniane, suszarnie ( do ziemniaków), statki parowe, statki z silnikami diesla, urządzenia wodociągowe. Dodać należy również, że w posiadaniu była również kopalnia węgla brunatnego ( okolice rz. Srebrna) i cegielnia.
Co pozostało dziś po imperium Pauckcha? Willa przy ulicy Wał Okrężny
wybudowana w latach 1875/1876 oraz Fontanna na Starym Rynku
Maszynę parową i cokół pomnika, na którym stało do roku 1941 popiersie Johanna Gottlieba Hermana Pauckscha możemy oglądać przy Spichlerzu.




W listopadzie 2014 roku gościem i zarazem prelegentem wykładów organizowanych  przez Bibliotekę im. Herberta w Gorzowie był prawnuk J. G. H. Pauckscha, Wolfhart Paucksch.



Wcześniej nasze miasto odwiedził w 1997, w  listopadzie 2002 i w roku 2007.

(Fot. 2 i 4 Bogusław Sacharczuk, za pisemną zgodą na publikację, fot. 3 własne)

środa, 8 października 2014

Od lekarza powiatowego do Laureata Nagrody Nobla; czyli wielkopolski ślad Roberta Kocha

W 1996 roku, z inicjatywy Fundacji Polsko-Niemieckiej i Stowarzyszenia Naukowego Roberta Kocha powstało w Wolsztynie (woj. wielkopolskie)  muzeum upamiętniające wielkiego uczonego, laureata Nagrody Nobla przyznanej mu za całkokształt badań nad gruźlicą w 1905 roku. Muzeum (ul. Roberta Kocha 12)  jest niewielkie. Są to dwie sale na parterze, gdzie eksponowane są zachowane po uczonym pamiątki, zarówno te z czasów wolsztyńskich jak i z wielu innych miejsc, gdzie Robert Koch prowadził swoje naukowe badania.  

Podziwiać możemy mikroskop i okulary wielkiego uczonego.


 A także  gabloty z fotografiami i dokumentami oraz stylowe meble.


Robert Koch urodził się Górach Harcu, w miejscowości Clausthal w 1843 roku.  Po maturze rozpoczął w Getyndze, na tamtejszym uniwersytecie, studia medyczne. Przysięgę Hipokratesa złożył w wieku 23 lat i w roku 1869  przybył do Rakoniewic.  O nich pisałam tu, KLIK,  a następnie do oddalonego o niecałe 20 kilometrów Wolsztyna.  Przez osiem lat pracował na stanowisku lekarza powiatowego;  rozpoczął także prace nad zakażeniami ran i doświadczenia z wąglikiem. Pierwszą poważniejszą publikację na ten temat opublikował i wygłosił w roku 1876 roku po czym awansował i przeniósł się do Berlina, gdzie, od 1880 roku pracował w Urzędzie Zdrowia Rzeszy. Zaczął prowadzić badania na szerszą skalę, by wreszcie w marcu 1882 roku odczytać historyczny dziś wykład "O gruźlicy", w którym przedstawił odkrycie bakterii wywołujących tą ciężką i śmiertelną wówczas chorobę, tym samym poinformował świat naukowy o tym, że udało mu się odkryć i wyizolować bakterię ją wywołującą, prątek gruźlicy.
Koch prowadził także wiele innych badań uczestnicząc w  ekspedycjach naukowych w Egipcie (tam wyizolował  przecinkowca cholery), Indiach, Afryce Południowej, Afryce Wschodniej, Włoszech oraz Indonezji i Nowej Gwinei. Zajmował się badaniami nad  cholerą, pomorem bydląt i koni, dżumą, malarią, gorączką teksańską oraz śpiączką.
Zmarł w wieku 67 lat, w roku 1910  w uzdrowisku Baden Baden. Zwłoki, na jego życzenie, poddane zostały kremacji. Prochy rozsypano na terenie instytutu w Berlinie.
Budynek, w którym mieści się dziś muzeum Roberta Kocha w Wolsztynie  został zbudowany w latach 1842-1846 w stylu neogotyku angielskiego i służył początkowo jako szpital dla ubogich, później jako mieszkanie uczonego.


 W roku 2005 z okazji setnej rocznicy otrzymania przez Kocha Nagrody Nobla odsłonięto w Wolsztynie pomnik poświęcony naukowcowi.




 (Fot. własne oraz Mariusz P. i Bogusław Sacharczuk, za pisemną zgodą na publikację)

czwartek, 28 sierpnia 2014

Mówili mu Szymon

„Mówią o mnie, że byłem adwokatem, doktorem i Bóg wie kim jeszcze. A ja żadnych wyższych szkół nie mam, tylko wrodzony talent” -  tak o sobie mówił, gorzowski kloszard, Szymon Gięty. O nim to będzie opowieść.




Urodził się w Warszawie.Lata wojny spędził na przymusowych robotach w Niemczech.
Po powrocie do Polski, zanim osiedlił się w Gorzowie, pracował między innymi jako księgowy w PGR i palacz. Potem przyjechał tu i z wyboru został kloszardem. Od lat sześćdziesiątych swoim inteligentnym poczuciem humoru, ciętym językiem i wesołością wzbudzał sympatię i zainteresowanie gorzowian oraz sprawiał, że rzeczywistość tych trudnych gomułkowskich lat stawała się kolorowa. Ubarwiał pejzaż miasta swoim niebanalnym, niecodziennym i oryginalnym zachowaniem. Kpił z samego siebie, uwielbiał robić psikusy i nie bał się nadętej i poważnej władzy PRL. Był przy tym szczerym, otwartym człowiekiem, niezwykle uczciwym i wolnym.
Nieodłącznym atrybutem Szymona był zdezelowany wózek pełen różnych drobiazgów; zabawek i wydawałoby się nieprzydatnych nikomu rzeczy. Miał też rower, starą teczkę, miał też fajerkę, którą toczył w iście mistrzowski sposób.
W latach siedemdziesiątych Szymon, dał się poznać jako „wzorowy obywatel” uczestniczący w pochodach pierwszomajowych. Jego ekscentryczność i jawna kpina z władzy ludowej objawiała się tym, iż on, Szymon Gięty zamykał każdy pochód w towarzystwie swoich nieodłącznych przyjaciół – jastrzębia, kuny i prawdziwej małpy. Dzień przed 1 maja milicja wywoziła go daleko od miasta, aby nie zakłócił swoim zachowaniem tego jakże ważnego święta ,ale on wracał. Ubrany w swoje łachmany ciągnąc wózek swoich skarbów przechodził dumnie przed trybuną i składał władzom wyrazy szacunku. Co ciekawe wielu ówczesnych decydentów dziś jest dumnych z tego, że znało Szymona...
Wiele jest znanych legend związanych z osobą gorzowskiego kloszarda. Najbardziej znana jest chyba ta, kiedy to Szymon na targu ustawił duży namiot z napisem :” W namiocie można obejrzeć żywą małpę. Wstęp 5 zł” . Ludzie płacili, wchodzili i napotykali w środku lustro…
Mój Tata opowiadał inną historię. Szymon pojawił się na rynku z kartonem, na którego przykrywie wycięta była dziurka. W pudełku miał być kanarek i za jego obejrzenie trzeba było zapłacić 5 zł. Oczywiście był to kolejny psikus Szymona. W kartonie był wróbel…
Szymon zmarł w 1998 roku, mieszkańcy miasta ufundowali mu nagrobek. Skromny, jak on sam...





Szymon czuł się gorzowianinem. Podkreślał, że „jego domem jest Gorzów, że są tu cudowni ludzie i wszyscy go szanują”.  Naprawdę nazywał się Kazimierz Wnuk. Zdzisław Morawski, gorzowski pisarz, ochrzcił go "mianem"...Szymon Gięty. Dlaczego? Nie wiem. Może jego prawdziwe nazwisko było zbyt banalne...
Od 2004 roku, przy głównej ulicy miasta stoi jego pomnik...





...ufundowany przez społeczników i gorzowian, pozbawiony przez złodzieja-wandala fajerki...









(Fot. 1, Kurt Mazur, lata 60., pozostałe zdjęcia Bogusław Sacharczuk; obie publikacje za pisemną zgodą Autorów)

środa, 23 października 2013

Max Bahr; Od sprzedawcy do fabrykanta

"Mimo, iż był najprawdziwszym kapitalistą, w każdym swoim współpracowniku potrafił dostrzec w pierwszej kolejności jego człowieczeństwo" - Jan Kozłowski


 25 października 1848 roku na świat przychodzi Gottlieb Max Adolf Bahr. Jego ojcem jest Aleksander Lebercht Bahr, a matką Henrietta Rozalia Bahr. Wychowany w szacunku do pracy oraz w surowej dyscyplinie Max od najmłodszych lat kształtuje swój charakter. Naukę rozpoczyna w szkole ludowej, potem w prywatnej szkole podstawowej oraz gimnazjum. Nie kończy gimnazjum. Porzuca naukę i udaje się do Poczdamu, gdzie przez trzy lata praktykuje w renomowanym sklepie tekstylnym. Nie pracuje tylko przez osiem godzin. Po pracy jest chłopcem do posług w domu swojego pryncypała. Wraca na krótko do Landsberga (Gorzów Wielkopolski), do sklepu ojca, by w 1868 roku udać się do Berlina. Podejmuje tam pracę w hurtowni firmy „Lampion und Openhof”. Po roku rezygnuje, by ze swoim starszym bratem, Jerzym wstąpić do wojska. W szeregach 10 Wschodniopruskiego Pułku Dragonów bierze udział w wojnie francusko-pruskiej (1870/71). Wraca z frontu w 1872 i wyjeżdża do Londynu. Doskonali swoje umiejętności kupieckie oraz uczy się języka angielskiego. Przebywa w Londynie krótko, bo pod koniec tego samego roku wraca do Landsberga i znów pracuje w sklepie ojca. Po siedmiu latach, w roku 1879, z młodszym bratem Robertem przejmuje sklep ojca. Rozbudowuje go. Nie skupia się tylko na sklepie. Poświęca się całkowicie HANDLOWI workami. Sam szuka kontrahentów, dużo podróżuje, nie raz przyjmowany jest w sieni, niekiedy przepędzany. Nie poddaje się. Postanawia rozszerzyć zakres swojej działalności.W 1883 na terenie Zakładu Poprawczego (obecna ul.Teatralna) zakłada fabrykę worków. Jest to na razie tylko szwalnia, która staje się jednak zaczątkiem do powstania późniejszej Fabryki Juty. Produkcja wzrasta z każdym rokiem. Już w 1902 Fabryka Juty może pochwalić się 12 milionami wyprodukowanych worków i 3 milionami marek obrotu. Wtedy też Max Bahr decyduje się na jej rozbudowę. Duże znaczenie dla rozwoju nowej fabryki jest jej położenie. Na lewym brzegu Warty z pomocą jednego z banków magdeburskich oraz braci i przyjaciół stawia w latach 1903-1904 Fabrykę Juty z przędzalnią i tkalnią. Znając dobrze zalety transportu wodnego, dużo tańszego niż transport kolejowy uruchamia wkrótce obok fabryki port. Posiada własne barki i holowniki. Tą drogą do fabryki dostarczany jest węgiel ze Śląska oraz juta z Indii oraz wysyłane są gotowe już worki jutowe, plandeki i płótna żaglowe do kontrahentów. 

Bardzo ważnym aspektem działalności fabryki było stworzenie stabilnej i dobrze wyszkolonej załogi. Z początku rotacja pracowników była duża.Max Bahr dobrze wiedział, że nie tylko dobra zapłata za pracę może zatrzymać robotników w fabryce ale także dobre zaplecze socjalno-bytowe. Wprowadził system pracy na akord. Premiował wydajność. W 1889 roku Społeczne Zrzeszenie Budowlane wybudowało dla pracowników ok. 850 mieszkań zakładowych z obniżonym czynszem. Max Bahr nie zapominał o kobietach pracujących w jego fabryce. W 1907 roku otworzył zakładową ochronkę, którą kierowała wykwalifikowana pielęgniarka, potem przedszkole ze żłobkiem. Do przedszkola należał również ogród i plac zabaw . Przy fabryce powstaje stacja pogotowia ratunkowego dysponująca własną karetką, izba porodowa, stołówka, biblioteka i dom pobytu wieczornego, który dziś nazwalibyśmy domem kultury. 

W roku 1908 buduje drugą halę fabryczną, wkrótce po niej następną oraz magazyn. Wybuch I wojny światowej i braki w materiałach zmuszają fabrykanta do wstąpienia do Związku Juty, który przydzielał potrzebne materiały według rozdzielnika wszystkim swoim członkom. Niestety na wiele się to nie przydało. Dostawy surowców były coraz mniejsze a liczba pracowników zaczynała drastycznie spadać. Fabryka działa, ale lata świetności ma już za sobą. 

Gdy wojska sowieckie, w 1945 roku wkraczają do miasta Fabryka Juty zostaje splądrowana, a wyposażenie zniszczone. Do 1956 roku zachowane hale służą jako magazyny. Po pożarze w 1956 roku Gorzowskich Zakładów Włókien Sztucznych , w 1957 ponownie na hale fabryczne dawnej fabryki wraca tkalnia, by bezpowrotnie zniknąć po 1989 roku. 

Omawiając sylwetkę Maxa Bahra nie można zapomnieć o jego działalności na rzecz sportu. Jego społeczna działalność zaczyna się od szerzenia sportu wśród młodzieży landsberskiej. Po pobycie w Anglii bogaty w doświadczenia tam zebrane Max Bahr postanawia zająć się edukacją sportową. Najpierw, w latach 1973-1880 działa jako kierownik wyszkolenia sportowego a następnie zostaje prezesem Towarzystwa Gimnastycznego. Dzięki jego staraniom przebudowany zostaje stary magazyn soli przy Bollwerk (obecnie Bulwar nad Wartą) na pierwszą w mieście halę sportową, która także służy jako sala gimnastyczna dla uczniów landsberskiego gimnazjum. Przez wiele lat jest aktywnym członkiem Ochotniczej Straży Pożarnej. Jednak jego pasją było przede wszystkim szerzenie wiedzy. Pierwszym krokiem jaki podjął w tym kierunku było założenie w 1875 roku Towarzystwa Workowego. Do towarzystwa należeli kupcy, przemysłowcy, rolnicy,urzędnicy i nauczyciele. Jednak towarzystwo nie zrzeszało zwykłych mieszkańców Landsberga. Aby wyjść naprzeciw ich potrzebom intelektualnym Max Bahr w 1899 roku założył Towarzystwo na rzecz Biblioteki i Czytelni. Książki kupowane były ze składek członkowskich ale także wiele woluminów pochodziło z darowizn. W 1900 roku było ich 3.600, zaś w 1927 już 13.000. Z każdym rokiem rosła liczba czytelników. Biblioteka i czytelnia cieszyła się dużą popularnością wśród najbiedniejszych mieszkańców miasta. Oprócz książek dostępne były również gazety codzienne i czasopisma. Ważnym aspektem działalności społecznej było zaktywizowanie Towarzystwa Akcyjnego Opieki Społecznej. Akcje rozprowadzano wśród mieszkańców Landsberga i dzięki pochodzących z nich środków w 1928 roku zaczęto budowę Łaźni Miejskiej, którą uroczyście otwarto dnia 6 stycznia 1930 roku na kilka miesięcy przed jego śmiercią. Łaźnia Miejska była bardzo nowoczesna. Posiadała halę pływacką oraz pomieszczenia do kąpieli leczniczych. Była też tam sala gimnastyczna oraz solarium. 

Max Bahr działał także jako polityk. W latach 1843-1846 oraz 1901-1904 był członkiem Zarządu Miasta. Tu poza zagadnieniami gospodarczo – finansowymi zajmował się także budową dróg, kanalizacji i wodociągów. Jednak jego pasją było szkolnictwo. Został członkiem Komisji Oświaty i do roku 1896 kierował wydziałem do spraw szkolnictwa. Na 70 urodziny otrzymał tytuł honorowego obywatela miasta, a pracownicy w podziękowaniu posadzili mu dąb szypułkowy przy zbiegu ul. Towarowej i Fabrycznej, który rośnie do dziś. 

 25 września 1930 roku, o godzinie 7.00 Max Bahr umiera. Całe miasto okrywa się kirem, na budynkach i instytucjach wywieszone są opuszczone do połowy flagi. „Zapalono latarnie uliczne na trasie od domu zmarłego do Domu Opieki i stamtąd aż do cmentarza ewangelickiego. Słupy latarni szczelnie okryto żałobną materią” – tak pisał „ Lansberger General-Anzeigen”. Pogrzeb był bardzo uroczysty. Trumna z ciałem została umieszczona w hali sportowej Domu Opieki, gdzie wartę honorową pełnili sportowcy i strażacy. Tłumy landsberczyków oddawały mu ostatni pokłon. Nadburmistrz Gerloff wygłosił mowę pożegnalną. Kondukt żałobny w asyście landsberskiej policji, rodziny, bliskich, robotników i robotnic przy dźwiękach dzwonów wyruszył na cmentarz ewangelicki. Karawan na którym spoczywała trumna był skromny, bez kwiatów i wieńców. 

 Dziś po wielkim fabrykancie zostało wiele.Wymienić należy przede wszystkim willę przy obecnej ulicy 30-go Stycznia, Przedszkole Miejskie nr 6 przy ulicy Śląskiej, budynek przy ulicy Nadbrzeżnej,gdzie mieściła się jego pierwsza szwalnia, gmach dawnego Domu Opieki ( dziś zajmują tą posesję dwie szkoły : Zespół Szkół Elektrycznych oraz Zespół Szkół Mechanicznych) Łaźnię Miejską, oraz zamieszkałe do dziś domy na Zawarciu ( ul. Śląska, Towarowa, Fabryczna, Jasna, Waryńskiego) wybudowane przez Społeczne Zrzeszenie Budowlane.

 Nie zachował się jednak grób Maxa Bahra! W 2001 w holu Łaźni Miejskiej odsłonięto popiersie fundatora (zdj.główne) zrekonstruowane przez Jerzego Sobocińskiego z Poznania( z niewybaczalnym błędem w dacie urodzenia Fabrykanta!); w uroczystości uczestniczył Jürgen, prawnuk fundatora. 


niedziela, 18 sierpnia 2013

"Gili romani Papuszakre szerestyr utchody"

Tytułem zaczerpniętym od Papuszy, a znaczącym "wiersze z głowy Papuszy zrodzone" pozwolę sobie rozpocząć wpis o największej romskiej poetce, związanej z Gorzowem przez blisko 30 lat, o osobowości niezwykle wrażliwej, chadzającej nieuczęszczanymi przez Romów ścieżkami, o kobiecie - żonie, kobiecie - przyjaciółce, ukochanej polskich poetów,wyklętej swego czasu przez Romów...i o premierze filmu o Niej.

 
Bronisława Wajs-Papusza (po polsku "lalka") urodziła się w taborze. Kiedy? Tego dokładnie nie wiadomo. Ona jako datę swoich urodzin podawała rok 1909.  W oficjalnych jednak metrykach widnieją dwie daty: 17 sierpnia 1908 roku lub 30 maja roku 1910.  Data 17 sierpnia 1908 widnieje na jej nagrobku. Jedno jest pewne tabor, w którym się urodziła i wychowała jeździł po Podolu, Wołyniu i okolicach Wilna.   (Portret, autorstwa Krystyny Gierlińskiej)



Od najmłodszych lat bardzo chciała nauczyć się czytać i pisać. Rodzice, ojciec alkoholik i poddana mu matka nie dbali o spełnienie jej marzenia. Współtowarzysze taborowej doli śmiali się z jej dążeń. Musiała więc radzić sobie sama. Z pomocą przyszła jej Żydówka, sklepikarka, która za zapłatę w postaci kur nauczyła ją czytać. Marzenie Papuszy, które za lat kilknnaście stało się klątwą,  spełniło się...czytała dużo gazet i książek.


Gdy miała lat 16 wydano ją za mąż, za dużo starszego od niej romskiego muzyka Dionizego Wajsa.Do zakończenia II wojny światowej wędrowała wraz z nim przez lasy i knieje...żyła pełną piersią, karmiła się słowem  i wolnością...W roku 1949 do taboru dołączył Jerzy Ficowski, początkujący poeta, późniejszy najwierniejszy przyjaciel poetki, zafascynowany kulturą cygańską. To on jako pierwszy dostrzegł literacką wartość pieśni Papuszy, które mu śpiewała w trakcie wspólnego wędrowania  i namówił ją do ich spisania. Co też uczyniła...Jej rękopisy jednak były niewyraźne, jakby pisane pośpiesznie, z błędami i brakiem sylab. Takie niedoróbki wysyłała Ficowskiemu, który musiał się bardzo natrudzić, aby je najpierw rozszyfrować, a następnie przetłumaczyć na język polski. Dzięki staraniom Juliana Tuwima, zafascynowanego "poetką z lasu"(tak nazywał ją Ficowski)  i jej wersami zostały one wydane i bez wątpienia wzbogaciły polską literaturę.

W 1950 roku, nakazem władz jej tabor musiał się osiedlić na stałe. Zamieszkała w Żaganiu, a po czterech latach trafiła do Gorzowa. Tu znalazła swoją przystań, w kamienicy przy ulicy Kosynierów Gdyńskich 20. Na domu widnieje odsłonięta w kwietniu 2002 roku pamiątkowa tablica.



Jako świadoma romska poetka debiutowała w 1951 roku, wierszem opublikowanym w "Nowej Kulturze". Nie był to dobry czas dla poetki. W tym czasie w środowisku Cyganów Polska Roma obowiązywał rygorystycznie przestrzegany zakaz udzielania jakiejkolwiek informacji obcym na temat tzw."tajemnic cygańskich", a zwłaszcza cygańskiego języka. Ona ten zakaz złamała, wszak uczyła swojego języka Polaka i  pozwalała na druk wierzeń cygańskich, słownika cygańsko - polskiego, a także niektórych cygańskich praw moralnych...Straszyzna oskarżyła ją o zdradę. Wyklęła. Wykluczyła ze społeczności cygańskiej. Były groźby, było bicie przez współbraci...Wrażliwa Papusza swoje odstępstwo od roli tradycyjnej romskiej kobiety przypłaciła chorobą psychiczną. Przestała tworzyć...Ale świat literatury o niej nie zapomniał. Jej wiersze, których głównym motywem był utracony świat wolności i wędrujących taborów tłumaczone były na język niemiecki, angielski, francuski, hiszpański, szwedzki, włoski...

Pod koniec życia, w 1981 roku, Papusza przeniosła się do siostry do Inowrocławia. Zmarła 8 lutego 1987 roku. Tutaj też znajduje się jej grób.  KLIK


O Papuszy pamięta i zarazem nie pamięta się w Gorzowie. Przykładem pamięci jest odsłonięty w listopadzie 2007 roku, w Parku Róż pomnik dłuta Zofii Bilińskiej. Miejsce nie jest przypadkowe. Po tym parku chętnie się przechadzała i spędzała w nim długie godziny.




O wielkiej romskiej poetce nie zapomnieli  filmowcy.  W 1974 roku powstał film dokumentalny "Papusza" w reż. Mai i Ryszarda Wójcików, w 1984 odbyła się premiera filmu Grzegorza Dubowskiego " Cygańskie pieśni Papuszy" z muzyką Edwarda Dębickiego, twórcy gorzowskiego cygańskiego zespołu "TERNO", Piotr Rubik tworzył muzykę do Jej wierszy...


W lipcu 2013 na ekrany kin wszedł film "Papusza". Opowieść  w konwencji czarno - białej zdobyła Wyróżnienie Specjalne Jury Konkursu na Festiwalu w Karlovych Warach. I choć jest to opowieść w 80% wymyślona, choć w niej nie pojawia się miasto Gorzów, to z uwagi na świetne artystyczne zdjęcia warto ten film obejrzeć.



piątek, 28 września 2012

Malarz Gorzowa

Zimą, 2010 roku na skwerze przy ulicy Łokietka, ze szkicownikiem, w charakterystycznym kapeluszu, na kamieniu przycupnął pionier gorzowskiego malarstwa, lokalny patriota i dobry duch gorzowskiej bohemy, Jan Korcz.






 Urodził się w 1905 roku w Samborze. Tam też zdał maturę po czym przeniósł się do Brześcia, gdzie pracował jako nauczyciel. Studiował malarstwo i rysunek w Warszawie, na trzech uczelniach. Żadnej z nich nie ukończył. W Gorzowie zamieszkał w 1947 roku. Już za życia otoczony był wielkim uznaniem. Niewysoki, szczupły, zawsze w marynarce, kapeluszu, ze sztalugami lub szkicownikiem przysiadał tu i ówdzie, aby malować krajobrazy. Był samotnikiem. Lubił tworzyć w ciszy i spokoju z dala od przypadkowych podglądaczy. Pewnie dlatego wybierał odludne miejsca. Spotkać go można było na podmiejskich łęgach i ...na płaskich dachach, nowych czteropiętrowych bloków śródmieścia.

Wśród ludzi z branży budził i respekt i politowanie. Jawnie krytykował, używając do tego bardzo ciętego języka, swoich kolegów "po fachu", zwłaszcza tych, którzy posiadali dyplomy wyższych, renomowanych uczelni plastycznych. Narzekał na nich, ale jednocześnie spotykał się z nimi i był przez nich serdecznie traktowany, bo tak na prawdę żaden z nich nie brał na serio jego krytyki wiedząc, że wynika ona z kompleksu Jana wobec ludzi wykształconych artystycznie.

Do Korcza lgnęli ludzie, zwłaszcza ci, których interesowało malarstwo i którzy chcieli się go nauczyć. Jan Korcz stał się ich mistrzem i mentorem. Cierpliwie nauczał w utworzonej przez siebie Nieformalnej Akademii Pana Jana.

Swojej twórczości nie traktował jak coś wielkiego. Nie uważał, że tworzy dzieła. Traktował ją jako sposób zarabiania na chleb. Nierzadko też płacił swoimi obrazami czy rysunkami za usługi, przysługi czy pomoc.

Trzy ostatnie miesiące swego życia spędził w mieszkaniu swojego najzdolniejszego ucznia, Juliusza Piechockiego. Zmarł 16 marca 1984 roku na wylew krwi do mózgu. Pochowany jest na gorzowskim cmentarzu komunalnym w Alei Zasłużonych.

Malarz został upamiętniony nie tylko pomnikiem (dłuta gorzowskiej rzeźbiarki Zofii Bilińskiej), który powstał dzięki inicjatywie społecznej mec. Jerzego Synowca i przedsiębiorcy Arkadiusza Grzechocińskiego, ale także płytą w Alei Gwiazd na Starym Rynku. Jego imię nosi też gorzowskie Liceum Plastyczne, a na budynku przy ul. Obotryckiej 12b, tam gdzie miał pracownię wybudowaną specjalnie dla niego, notabene pierwszą w mieście, znajduje się tablica pamiątkowa. 



Spuścizna Jana Korcza to 56 obrazów. Największa kolekcja jego dzieł znajduje się w Muzeum Lubuskim w Gorzowie. Są tam pejzaże, jest martwa natura, i jest miasto...KLIK


(Fot. z uroczystości odsłonięcia pomnika, luty 2012, arch. własne)

czwartek, 19 kwietnia 2012

Niezapomniany...

29 czerwca 1999 roku pogrążeni w żalu parafianie, kapłani, bracia zakonni ze zgromadzenia Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej, przedstawiciele żołnierzy Armii Krajowej i o. Prowincjał Paweł Latusek pożegnali na cmentarzu w Markowicach koło Inowrocławia długoletniego Sługę Bożego, proboszcza w Markowicach i Gorzowie Wielkopolskim, poetę, harcerza, żołnierza AK i kapelana Ojca płk. Kazimierza Łabińskiego. Kondukt pogrzebowy na cmentarz poprowadzili superior domu o. Arkadiusz Sędzielowski. Trumnę nieśli kolejno: współbracia zakonni , przedstawiciele parafian i juniorzy Niższego Seminarium Duchownego w Markowicach.  Ciało zmarłego zostało złożone do grobu przy wystrzałach salwy honorowej, którą oddała Kompania Honorowa Wojska Polskiego.

                                  (Fot. pochodzi z obelisku)


Urodził się 25 lutego 1914 roku, w Drzewcach Starych koło Wschowy. W 1932 roku wstąpił do nowicjatu i za dwa lata złożył swoje pierwsze śluby. W roku 1937 śluby wieczyste. Święcenia kapłańskie otrzymał w 1939 roku...
W czasie wojny bardzo aktywnie działał w Armii Krajowej, należał do okręgu poznańskiego, był dowódcą Oddziału AK na terenie Kościana, Śmigla i Gostynia. Tworzył punkty tajnego nauczania tzw. szkółki domowe mieszczące się w domach na obrzeżach, ale także w budynkach folwarcznych czy nawet w żwirowni, organizował podziemne AK i wywiad polityczny. Prowadził duszpasterstwo ukrywających się na terenie parafii Wilkowo Polskie i Kościan jeńców francuskich i angielskich. Czynnie uczestniczył w akcji pomocy więźniom obozów koncentracyjnych w Dachau ,Murnau i Auschwitz i ich rodzinom. W związku z jego działalnością Niemcy wystawili za nim list gończy...Uprzedzony zmienił miejsce zamieszkania i dzięki temu uniknął aresztowania.Po przejściu frontu w 1945 roku, gdy przyszła upragniona wolność zawiesił swoją działalność konspiracyjną. Niestety był to czas kiedy wolność przyniosła kolejne niebezpieczeństwa - władzę sowiecką wprowadzającą nowy porządek świata i nowy system.  Organizowanie życia religijnego nie było łatwe szczególnie gdy było się pod stałą obserwacją UB. Renowacja kościołów, katechizacja, odprawianie Mszy św. i to w pięciu parafiach  świadczy o jego pełnym poświeceniu...

Na początku 1946 roku został skierowany do Gorzowa Wielkopolskiego, gdzie czynnie zaangażował się w przywracanie organizacji kościelnej. 9 marca został proboszczem na gorzowskim Zawarciu. Przyjął pod swoją pieczę parafię pod wezwaniem Chrystusa Króla, ustanowioną dekretem Kurii Administratora Apostolskiego zaledwie tydzień wcześniej.


                                 (Kościół pw.Chrystusa Króla)


Aby przyciągnąć jak najwięcej wiernych do czynnego uczestnictwa w życiu religijnym ,o. Łabiński bardzo szybko zajął się szeroko zakrojoną akcją społeczną. Utworzył chór kościelny, teatrzyk, kółko różańcowe, Apostolstwo Modlitwy. Organizował kursy zawodowe. Założył trzy przedszkola w dzielnicy. Organizował tzw. wycieczki niedzielne i dłuższe, kilkudniowe w czasie wakacji. Biedniejszym dzieciom sam finansował wyjazdy...Jego działalność bardzo szybko przyniosła zamierzony efekt. Tłumy wiernych na Mszach św. były tego najlepszym dowodem.

Nie poprzestawał tylko na działalności przy swojej parafii. Był m.in. Dyrektorem Wydziału Nauki Kurii Biskupiej w Gorzowie oraz redaktorem diecezjalnego "Tygodnika Katolickiego". Pierwszy numer ukazał się w maju 1946 roku. Swoje teksty podpisywał pseudonimami. Jednym z nim był "Grzegorz" nadany mu przez AK. Pomimo pozornej przychylności władz komunistycznych tygodnik znajdował się pod czujnym okiem ich cenzorów. W ciągu pierwszych dwóch lat cenzura interweniowała 160 razy, trzy lata później 350 razy.Teksty spadały...Niepoprawne polityczne jak na owe czasy artykuły o wcielonych do ZSRR ziemiach i o generale Andersie oraz nasilająca się walka władz z kościołem spowodowała zamknięcie pisma na mocy decyzji administracyjnej w 1955 roku.
Po likwidacji tygodnika zaangażował się w pracę redakcyjną w piśmie "Gorzowskie Wiadomości Kościelne".

W 1958 roku został aresztowany i stanął przed sądem. Jak podaje IPN - " Aby skompromitować zasłużonego dla diecezji kapłana, oskarżono go o powielanie materiałów do katechizacji bez uzyskania na to zezwolenia Wojewódzkiego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk. Wyrokiem sądu powiatowego został skazany na 1000 zł grzywny. " W 1962 w postępowaniu rewizyjnym został oczyszczony z zarzutów i uniewinniony.

Gorzów opuścił w wigilię roku 1959 i udał się do Lublińca. Tam spędził cztery lata. Potem objął parafię w Markowicach. Ostatnią parafię...20 czerwca 1999 roku, kilka dni  przed śmiercią w kościele w Markowicach przeżywał swój jubileusz 60 - lecia kapłaństwa. Niestety nie mógł już stać przy ołtarzu. Przyniesiono go na specjalnie przygotowanym fotelu i tak odprawił Mszę św.

Proboszcz Kazimierz Łabiński nigdy nie został przez gorzowskich parafian zapomniany. W 2007 roku, 25  listopada odsłonięto obelisk ku czci kapłana ufundowany przez jego wychowanków i parafian. W uroczystości uczestniczyła jego siostra, Maria. Przepasany biało - czerwoną wstęgą kamienny pomnik poświecił ks. bp. Paweł Socha...



(Fot. wykonana podczas uroczystości poświęcenia obelisku)


Na pomniku umieszczona jest  również fotografia księdza oraz tabliczka ze słowami wychowanki księdza K.L. Dziadkowskiej

" Księże Kazimierzu Łabiński! My Twoje Dzieci. Tyś nas wychował. Tyś nas prowadził, wyedukował. W tak trudnych czasach byłeś nam wzorem, ścianą płaczu i honorem"



Pod obeliskiem codziennie stoją kwiaty i płoną znicze...

Obecnie przykościelny skwer nosi imię Ks. Kazimierza Łabińskiego.


Miłością ojca Kazimierza była Najświętsza Matka Boża, św. Teresa od Dzieciątka Jezus i św. Antoni. Kilkanaście zbiorów poezji poświęcił Pani Nieba i Ziemi: „Dom cierpienia i chwały”, „W akordach fagotu”, „Paziowie Królowej”, „Kwitnij sercem”, Maryi w hołdzie” ...


PS.

Księdza Kazimierza Łabińskiego nigdy nie poznałam. Był  jednak przyjacielem mojej Rodziny, mojej Babci, Dziadka, Cioci i Wuja... Wspominano go często. Zawsze ciepło, jako uosobienie dobroci, taktu, mądrości, skromności...Człowieka wielkiej i niezłomnej wiary... Gotowego pomagać wszystkim, którzy pomocy potrzebowali...


Pamiętają Go także dawni mieszkańcy Zawarcia, rozproszeni po kraju i świecie. Wśród nich, Tenia, która krótkie swoje wspomnienie zamieściła pod poprzednim moim postem... i Roman i Igor...i...




(Opr.własne : Na podst. Informacji IPN i arch. O.O.Poznań)




środa, 1 lutego 2012

Landsberski dzwonnik...

Historia, którą dziś Wam opowiem sięga przełomu wieku XIX i XX, kiedy to moje miasto (od 1257-1945) nosiło nazwę Landsberg an der Warthe. W centrum miasta, na Starym Rynku na ostatniej kondygnacji trzynastowiecznego Kościoła Mariackiego, tam gdzie umieszczone były dzwony wraz z żoną Marią i córką Helene mieszkał landsberski dzwonnik.

(Fot. Brat, 2009r.)

Albert Hachmeister przybył z Burgkehemnitz ( Saksonia) do Landsbergu w 1890 roku. O wolnej posadzie dzwonnika - strażnika przeczytał w rządowym wykazie wolnych posad dla inwalidów wojennych. Złożył podanie i został przyjęty.

Jego zadaniem, oprócz okolicznościowego bicia w dzwony było obserwowanie miasta w dzień i w nocy. Za swoją pracę otrzymywał wynagrodzenie w wysokości 700 marek.

Na wieżę mariacką, do jego dwupokojowego mieszkania prowadziło ponad sto stopni. Do komunikacji z mieszkańcami, a także do przekazywania meldunków służyła specjalna rura, a dzwonek umieszczony na dole oznajmiał przybycie gości.
Zakupy na wieżę wciągane były za pomocą koszyka zamontowanego na sznurze. W ten sam sposób rodzina zaopatrywała się ( do czasu wybudowania wodociągu) w wodę.

Dzwony z wieży mariackiej rozbrzmiewały nie tylko podczas uroczystości czy świąt ale także biły na alarm. Podczas nabożeństw, ślubów bądź pogrzebów biły zawsze trzy dzwony.

Uderzenie w dzwony sygnalizujące alarm odbywało się według ustalonego porządku. Jedno uderzenie informowało mieszkańców o pożarze w śródmieściu, dwa w okolicach położonych tuż za śródmieściem, trzy alarmowały, że w zachodniej części miasta zauważono pożar, zaś cztery - w dzielnicy za rzeką.

W roku 1917 trzy stare dzwony zarekwirowano na potrzeby wojska. Po 27 latach swojej służby Albert Hachmeister stracił posadę. Pogrążony w żalu i tęsknocie za "swoimi" dzwonami zmarł w wieku 64 lat.

W prasie ukazał się nekrolog :

" Zachowamy w pamięci, tego sumiennego o każdej porze dnia urzędnika".